sobota, 31 grudnia 2016

I'm coming back

Dwadzieścia dni milczenia. Dwadzieścia dni udręki związanej z brakiem natchnienia. Dwadzieścia dni zastanawiania się czy aby przypadkiem wszystkie to, co kiedyś przychodziło mi z łatwością, nie odeszło na zawsze. Bo kiedy siada się przed wirtualną kartką papieru, a spod twoich palców nie wychodzą żadne w miarę sensownie połączone słowa, to coś chyba jest serio nie tak. Próbowałam. Próbowałam coś pisać, próbowałam coś tworzyć, ale wszystko wydawało mi się tak cholernie banalne. Tak oklepane i wprost żałosne. Więc nie publikowałam. Ale dzisiaj przełamię tę barierę milczenia. Bogatsza o wiele godzin poważnych przemyśleń, uboższa w jakąś część poczucia trwałości i na pewno pokorniejsza. Wracam do Was z opuszczoną głową, pochylona nisko niemal do samej ziemi. Bo tam kilka razy upadłam. I nie chcę o tym zapominać.
To nie przypadek, że zdecydowałam się to zrobić właśnie dzisiaj- w Sylwestra. Bo to już za parę godzin zakończymy stary, a zaczniemy zupełnie nowy, rozdział naszych historii. Jak piękne i smutne to zarazem. Przynajmniej dla mnie. Różnię się trochę od swoich znajomych i zamiast radości z ogromnej imprezy i usprawiedliwionego świrowania w celu uczczenia nowego roku, ja czuję jakiś niedający się opisać niepokój. Tęsknotę za wszystkim co już nigdy nie wróci, żal z niewykorzystanych okazji, smutek z powodu wypowiedzianych w goryczy słów... Zaszyłam się w swoim pokoju, który coraz więcej dla mnie znaczy. Przyzwyczaiłam się do kanarkowych ścian i niebieskiego sufitu. Nawet skrzypiące łóżko nie jest już problemem. To moja ostoja. I chociaż nie sądziłam, że to powiem, chyba nigdzie nie czuję się bardziej na swoim miejscu aniżeli tutaj...Tak więc siedzę, w pokoju obok wszyscy w wielkim gwarze czekają na wieczór, a ja wolę pobyć trochę sama... Siedzę, myślę i piszę, a słowa w końcu zachowują się tak jak tego oczekiwałam. W końcu są moimi sprzymierzeńcami, a nie złośliwymi wrogami, którzy uciekają zanim tak naprawdę zdążę cokolwiek zrobić...

Myślę o wszystkim co było, myślę o wszystkim co będzie. Nie jestem w stanie nawet opisać jak bardzo mnie to przytłacza. Myślę o wszystkich zmianach, które zaszły w moim życiu, myślę o wszystkich tych ludziach, którzy odeszli, choć mieli być zawsze i którzy się pojawili choć tak naprawdę nikt się ich nie spodziewał...

Rok 2016 obfitował w wiele nowych doświadczeń. Imprezy, chłopaki, zdawanie matury, pierwsze "dorosłe" wakacje, pierwsze poważne decyzje, w końcu najbardziej przełomowe wydarzenie- wyjazd  na studia. Wiele upadków, wiele załamań, wiele zgubionych wartości, wiele przykrych sytuacji. Ale tyle samo chwil szczęśliwych, latania 3 metry nad ziemią, spontanicznego śmiechu, relacji, które obróciły mój świat do góry nogami. A mimo to wciąż zastanawiam się co by było gdyby... Co by było gdybym postąpiła tak a nie inaczej? Gdybym wiedziała to, co wiem teraz, czy to zmieniłoby moje postrzeganie pewnych spraw? Czy to powstrzymałoby mnie od robienia tych wszystkich strasznych rzeczy...? Przede wszystkim w stosunku do samej siebie...

A jeszcze inna sytuacja. Co by było gdybym zdała maturę choć odrobinę lepiej i tym samym studiowała na zupełnie innej uczelni. Państwowej, nie prywatnej. Może byłabym szczęśliwsza? Może byłabym spokojniejsza? Może spotkałabym kogoś kto nawróciłby mnie na dobrą ścieżkę? A może zupełnie inaczej? Może wciąż katowałabym się myślą, że mogłam uczyć się na jednej z najlepszych uczelni w kraju? Może całkowicie zrezygnowałabym z psychologii? Albo wpadła w tak zwane "złe towarzystwo" i stoczyła się już całkowicie?

Wiele pytań, zero odpowiedzi.

Oglądałam bardzo niedawno film, który dał mi dużo do myślenia. Pewnie duża część z Was go zna. "Efekt motyla". Nawiasem mówiąc bardzo dobry. Jest to historia chłopaka, który odkrywa, że za pomocą swojego dziennika potrafi przenosić się do przeszłości. Próbując naprawić to, co wydawało mu się zepsute, mieszał w świecie teraźniejszym. Bo jak wiadomo każda nasza akcja, każdy nasz ruch, każde słowo czy gest mają wpływ na to co wydarzy się jutro.
"Trzepot skrzydeł motyla w jednym krańcu wszechświata może wywołać huragan w drugim".
Nie powinniśmy zbyt dużo czasu poświęcać przeszłości, bo możemy się zagapić i ominąć to, co ważne jest tu i teraz...
Dlatego moi kochani, życzę Wam dużo pozytywnej energii i siły do działania w przyszłym roku. Nie zadręczajcie się tym, co zrobiliście, nie myślcie za dużo o tym co powiedzieliście, albo czego doświadczyliście. Dajcie sobie nową szansę. Czystą kartę, którą postaracie się wypełnić najstaranniej jak tylko się da.
No i oczywiście bawcie się dzisiaj dobrze. Nie kłóćcie, nie smućcie, bo podobno jaki Sylwester taki cały rok...
Może to tylko przesąd, ale kto by tam chciał ryzykować? ;)
No I ain’t gonna be here too long, too long

sobota, 10 grudnia 2016

Stand up, please

Wiecie co jest ważne w upadku? Chwila, w której zdecydujemy się powstać. Moment, w którym zamiast z płaczem leżeć na zimnym chodniku, zaciskamy zęby i, mimo bólu, wstajemy na nogi. Czasem ktoś musi nam podać rękę, pokazać, że nie jesteśmy sami, że możemy na niego liczyć. Ale bardzo często zamiast tego potrzebujemy porządnego kopa w dupę, abyśmy zrozumieli jak nisko upadliśmy. Żeby do naszych omamionych umysłów doszło jak bardzo się zatraciliśmy, jak bardzo zapomnieliśmy o tym, co jest naprawdę ważne. Jak pogubiliśmy ideały, a marzeniom pozwoliliśmy odlecieć w przestrzeń...
 Bo tak naprawdę otrzymując tylko zrozumienie i współczucie niczego się nie nauczymy. Może będzie nam smutno przez chwilę, może nawet zmusi nas to do lekkiej refleksji i zastanowienia się "co ja do jasnej cholery robię ze swoim życiem?!", ale na dłuższą metę nic to nie zmieni. Niby zarzekamy się, że nie wchodzimy dwa razy do tej samej rzeki i w sumie mamy rację... Bo nie robimy
tego dwukrotnie, tylko dużo dużo częściej...

Każdy popełnia błędy. Ważne, aby wyciągnąć z nich jakieś wnioski. Jeżeli nawet coś spierdolimy, ale na zgliszczach zaczniemy budować coś tysiąc razy lepszego, to w konsekwencji możemy nazywać się zwycięzcami. Przez nieuwagę spaliliśmy bezpieczny dom przyzwyczajeń, w którym zaszywaliśmy się przez długi czas, ale dzięki motywacji i samozaparciu możemy wybudować pałac, w którym wreszcie będziemy mogli nazywać się Panami Własnego Życia.

Musimy tylko chcieć. I nie możemy się poddać. Nie możemy zawrócić w połowie drogi, jakkolwiek ta droga będzie trudna i męcząca. Nasza ciężka praca będzie odkupieniem. Naszą jałmużną. Odpłatą za wszelkie wyrządzone krzywdy. Zarówno te wobec innych ludzi, jak i wobec nas samych.

Tak często bowiem zapominamy, że powinniśmy być swoimi najlepszymi przyjaciółmi. Zamiast tego jesteśmy krytykami, demotywatorami, często wręcz wrogami. Czas to zmienić! Czas zacząć się szanować. Życie mamy jedno i tylko od nas zależy jak, i czy w ogóle, je wykorzystamy.

Inni ludzie będą się przez nie przewijać. Jedni zostaną na chwilę, inni na dłużej. Będziemy ich ranić, będziemy ich odpychać. Niektórzy spieprzą od razu, tymi nie warto się przejmować. Ale ci, którzy pomimo cierpienia, które im zadawaliśmy, mimo bólu i wylanych łez, zostaną przy nas, zasługują, na to, abyśmy godząc się z samym sobą, stali się jak najlepszą wersją siebie.

Więc jeśli Ty nie jesteś dla siebie samego motywacją, pomyśl o osobie, na której Ci cholernie zależy. I zrób to dla niej. Nie pozwól jej patrzeć jak powoli się staczasz. Jak nikniesz z każdym dniem. Jak oddalasz się coraz bardziej... Zbierz wszelkie siły i powstań. Pamiętaj, że najtrudniejszy jest pierwszy krok. Potem będzie coraz łatwiej.

czwartek, 1 grudnia 2016

Chodź, pomaluj mój świat.

Zabawne jak wszytko może się spieprzyć w jednej krótkiej chwili. Jedna nieprzemyślana decyzja, jeden nieostrożny ruch i pach!, coś na co pracowaliśmy, czasami nawet latami, zaczyna upadać. Element po elemencie, ciągną się za sobą, tworząc lawinę niefortunnych zdarzeń. Wyobraźcie sobie, że próbujecie stworzyć z domina piękny obraz. Byłoby to spełnieniem Waszych marzeń, Waszych ambicji. Czekaliście długo na chwilę, kiedy zaczniecie widzieć rezultaty. Pracowaliście w pocie czoła. Czasem zadrżała Wam ręka, czasem potrąciliście parę klocków. Ale w porę udawało Wam się zapobiec katastrofie. Lecz nadszedł taki dzień, kiedy straciliście wiarę w jakikolwiek sens Waszych starań. Potrąciliście ostatni klocek, mniej lub bardziej świadomie. Ale zamiast coś z tym zrobić, jakoś ratować sytuację, usiedliście tylko i patrzyliście jak wszystko, na czym Wam tak cholernie zależało, zostaje zrównane z ziemią.

Tak ostatnio wygląda moje życie. Niezły żart, nie? Boki zrywać. Co? Nikt z Was nie lubi czarnego humoru? Przykro mi, tylko na taki mnie w tej chwili stać.
Pobłądziłam. I to bardzo. Popełniłam masę błędów. Zraniłam wielu ludzi. Niszczyłam siebie, każdego dnia trochę mocniej i  z dużo większą wprawą. Chciałam wyłączyć myślenie, chciałam, żeby ktoś zabrał mnie stąd jak najdalej, żeby ktoś mną potrząsnął i kazał się wziąć w garść.

Ale potem przestałam chcieć. Poddałam się, wmawiając sobie, że i tak wszystko mi jedno. Że mi nie zależy. Że inni i tak mają te moje starania w dupie. Więc po co się wysilać? Dla kogo? Bo to, że powinnam dla samej siebie, brzmiało jak jeszcze większy żart niż ten, który przytoczyłam na początku.

Życie straciło barwy. Stało się tak niemożliwie szare, czasami nawet czarne niczym humor, którym Was dzisiaj raczę. Rzeczywistość zaczęła mnie przytłaczać. A ja zamiast spróbować w jakiś sposób ją pokolorować, starałam się z niej za wszelką cenę uciec.

Jednak uciekałam już za długo i demony, które mnie goniły wreszcie mnie dopadły. Wżarły się w moją duszę, zabrały serce i zdrowy rozsądek, pozostawiając tylko to, co najgorsze.

Są ze mną nawet w tej chwili. Nie opuszczają mnie ani na moment.

Nie wiedzą tylko o jednym. Wreszcie mam motywację do walki. Wreszcie coś we mnie drgnęło. Coś ruszyło.

Chcę się ich pozbyć. Raz na zawsze. Czeka mnie cholernie długa i żmudna droga.

Mam nadzieję, że nie będę musiała przejść jej sama...

niedziela, 20 listopada 2016

Fear of being happy

Nawet nie potrafimy sobie wyobrazić jak wiele czynników wpływa na to jak postrzegamy rzeczywistość. Jak wielkie mają znaczenie sytuacje, które już dawno powinny zniknąć w otchłani niepamięci. Jak dużą kontrolę mają nad nami rzeczy i ludzie, którzy nas otaczają... Dlatego też nie wszystko, co mówimy, nie wszystko, co robimy, wychodzi bezpośrednio od nas. Bardzo często dzieje się to poza naszą świadomością. W miejscu, do którego nie mamy dostępu. Chcielibyśmy zrobić jedno, a robimy drugie. Wiemy, że powinniśmy wrzucić na luz, ale uprzedzania sprawiają, że znowu panikujemy. Zależy nam na kimś, ale bojąc się odrzucenia, paradoksalnie sami odrzucamy tę osobę. A potem rozpaczamy. Nie wiemy dlaczego, nie wiemy jak. W końcu to nie MY. To COŚ przemówiło przez nas. I zniszczyło to, na czym nam zależało. Tak jakby szczęście nie było nam pisane, a my zostaliśmy zamknięci w kręgu ciągłych niepowodzeń.
Ale czy rzeczywiście musi tak być? Czy naprawdę musimy być więźniami własnych doświadczeń, własnych przeżyć, własnych fobii i lęków? Nie. Ale do tego trzeba dojść samemu. Nikt nie wskaże nam drogi, nikt nie da nam przepisu na walkę z demonami. Bo każdy z nas je ma. Tylko najwytrwalsi są w stanie nad nimi zapanować. Wyłączyć się na ich przykre głosy szepczące okropieństwa wprost do naszych uszu. Tyle że każdy demon jest inny. Przebiegły i podstępny. Wie jak ukłuć, żeby najbardziej bolało. Jak sprawić, abyśmy nie chcieli dłużej walczyć. Żebyśmy się poddali.

Ja sama nieraz miałam ochotę się poddać. Upaść tak nisko jak jeszcze nigdy... i już nie wstać. Bo po co? Bo dla kogo? Nie potrafiłam znaleźć motywacji, a szukałam naprawdę wszędzie...

Ale potem powoli zaczęła do mnie docierać prawda. Nic i nikt nie sprawi, że będę szczęśliwa, jeżeli sama nie będę tego chciała. Jeżeli sama będę przyciągać nieszczęście, napawać się smutkiem i bólem, to demony nigdy nie odejdą. Powiecie: to proste. Wystarczy podnieść się z kolan i ruszyć do przodu. Tyle że życie w smutku ma swoje plusy. Jest bezpieczne. Jest znane. Jest komfortowe. Ludzie się o ciebie troszczą. Inni zaś utożsamiają. A ty czujesz, że nie jesteś w tym wszystkim samemu.

Masz usprawiedliwienie dla swoich czynów. Masz usprawiedliwienie dla swoich słów. Czy to nie wygodne?

I nawet jeśli w końcu podejmujesz próbę skończenia z którąś z form autodestrukcji, którą stosujesz wobec siebie, to i tak ta próba istnieje tylko i wyłącznie w twojej głowie. Odwlekasz wprowadzenie jej w życie do jutra, do przyszłego tygodnia, miesiąca, roku... I tkwisz w tym szambie, zakopany po uszy w gównie problemów.

Wiesz dlaczego tak robisz? Dlaczego tak robimy? Przez strach. Strach przed nieznanym. Strach przed... szczęściem.

Paradoks, nie?

Człowiek to niezwykła istota. Pełna tajemnic i zagadek. Pełna sprzeczności. To nasza natura. Ważne jednak, aby nie poddać się jej całkowicie. Aby nieustannie pracować nad sobą i próbować zmienić to, co nam nie pasuje.

Bo każdy z nas zasługuje na szczęście. Możecie mi wierzyć bądź nie, ja sama mam problemy, aby przyjąć to do świadomości, ale to prawda. Ten stan nie jest zarezerwowany tylko dla wybrańców. Ale musimy się trochę postarać. I wypieprzyć demony, które żywią się wszystkim tym, co w nas najlepsze...

wtorek, 8 listopada 2016

Don't destroy yourself

Wydawałoby się, że każdy człowiek powinien dążyć tylko i wyłącznie do szczęścia. Unikać problemów, zapobiegać sytuacjom, które mogłyby go wewnętrznie zniszczyć. Być dla siebie samego najlepszym przyjacielem. Kimś, kim stara się być dla innych. Jednak bardzo często nie jest w stanie sprostać temu niby prostemu zadaniu. Bardzo często sam, z własnej nieprzymuszonej woli, bądź też w wielu przypadkach nieświadomie, dąży do destrukcji. Niszczy siebie. Na różne sposoby. Niszczy osoby, które są wokół niego, niszczy relacje, które powinien pielęgnować. Robi wszystko, aby być nieszczęśliwym. Nieszczęśliwym i samotnym. Na własne życzenie...
Wiecie co jest najgorsze? Nie to, że nie potrafmy określić tego na czym nam zależy. Raczej to, kiedy wiemy, ale nie chcemy tego przyznać. Albo przyznajemy, a mimo wszystko udajemy, że bez tego będzie nam lepiej. W końcu czemu niby mielibyśmy być szczęśliwi skoro w tym całym pierdolonym smutku jest nam w pewien sposób komfortowo? Komfortowo i bezpiecznie. Łatwiej jest bowiem stać w miejscu i narzekać aniżeli ruszyć dupę w troki i spróbować coś zmienić. Spróbować zawalczyć o to, co wreszcie zmieniłoby nasze życie. Co może zwaliłoby w końcu ten wielki mur, który budowaliśmy latami. Mur zabezpieczeń, mur obaw, mur wątpliwości...

Zamiast niszczyć mur, niszczymy siebie. Udajemy, że jest okej, kiedy tak naprawdę jest zupełnie inaczej. Udajemy, że nam nie zależy, kiedy czujemy, że bylibyśmy w stanie zrobić wszystko, aby coś lub kogoś w swoim życiu zatrzymać na zawsze. Boimy się zrobić krok, aby nie zostać odrzuconym, więc w konsekwencji zostajemy sami. Odcinamy się od ludzi, aby nie zostać odciętym przez nich. Nie potrafimy zrozumieć, że nie zawsze musi być źle. Że w życiu jest coś więcej niż same czarne scenariusze...

Czasem trzeba zaufać. Czasem trzeba uwierzyć. Nie każdy rzuca słowa na wiatr. Nie każdy jest dupkiem, który za pięknymi frazesami ukrywa swój nikczemny plan. Zamiast myśleć o tym, co mogłoby się wydarzyć, myślmy o tym i cieszmy się tym, co jest. To może wydawać się trudne, czasem nawet niewykonalne. Ale trzeba pokonać pewną barierę. Pokonać stereotypy, które kształtowały się w naszych głowach całymi latami. Nierzadko bywa, że nawet przez całe życie...

Ale kochani, czas zrozumieć, że nie każdy facet to świnia, nie każda kobieta to zimna suka, a nie każdy "przyjaciel" musi w końcu wbić sztylet prosto w plecy. I mimo że trafialiśmy na takich ludzi niemal cały czas i każdy z nas kiedyś się zawiódł, to nie należy się poddawać. Nie należy rezygnować z relacji, które mogą w przyszłości zaowocować. Przyjaciele, osoby które kochamy... Ci z nich, którym zależy, są i będą. Mimo wszystko i przede wszystkim.

Trzeba tylko zrozumieć, że bez zaangażowania z naszej strony można w końcu stracić kogoś, kto nadaje sens naszemu istnieniu. Kogoś, kto sprawia, że na naszych ustach wykwita uśmiech, kiedy łzy cisną się do oczu. Kogoś z kim całymi godzinami można rozmawiać o pierdołach, robić najdurniejsze rzeczy i wcale nie czuć się z tego powodu głupio.

Przez strach, przez wycofanie, przez dawne doświadczenia, możemy spierdolić coś wielkiego. Coś pięknego. I będziemy tego żałować do końca życia.

Dlatego kochani Cytrynomaniacy, życzę Wam dużo odwagi w przezwyciężaniu najciemniejszych stron Waszej osobowości. Każdy z nas ma swoje demony, najwyższa pora się z nimi uporać.

Słuchajcie serca, nie ignorujcie rozumu, ale róbcie to, na co macie ochotę w danej chwili. Nie krępujcie się, nie myślcie za wiele. Pokażcie tym, na którym Wam zależy co naprawdę do nich czujecie. Nie pozwólcie, aby czuli się niedoceniani. Bo kiedyś może pojawić się ktoś, kto zrobi to za Was. I odbierze Wam klucz do wielkiego szczęścia....

niedziela, 30 października 2016

Open the door, please...

Zmiany mają to do siebie, że te największe, najważniejsze wydarzają się wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewamy. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć tego, co przyniesie nam jutro. Każda mała, mogłoby się wydawać, że wręcz nieistotna decyzja prowadzi do czegoś innego. Czegoś większego. Czegoś o czym zawsze marzyliśmy, ale tak naprawdę nie wierzyliśmy, że to się w ogóle wydarzy. A przynajmniej nie w taki sposób.
Tak... życie zaskakuje. Każdego chciałoby tak samo, ale nie każdy jest na te zmiany otwarty. Wiele osób się zamyka, chyba ze strachu... ale przez ten strach tak naprawdę odbierają sobie prawo do przeżycia czegoś niesamowitego. Bo życie jest piękne, trzeba tylko te piękno dostrzec. Otworzyć oczy, czasem wyłączyć zdrowy rozsądek i po prostu poddać się chwili. Nie zamartwiać się tym, co będzie, nie myśleć o tym co już było. Tylko to, co jest tu i teraz tak naprawdę ma jakiekolwiek znaczenie. Dlatego warto wyjść ze strefy komfortu, warto zaryzykować, zrobić coś innego. Zapomnieć o stereotypach, o ramach, którymi sami siebie ograniczamy. Wolny umysł, świeże spojrzenie i gotowość przełamania pewnych barier... To wartości, które naprawdę powinny towarzyszyć nam na co dzień...

Bo siedząc całe życie w jednym gównie, przestajemy zwracać uwagę na smród, który nas otacza. Zaczynamy się przyzwyczajać i myślimy, że w sumie wcale nie jest aż tak źle. Że mogło być gorzej. Więc nie robimy nic, aby się z tego wygrzebać, przesiąkamy tym do szpiku kości i w końcu nawet nie chcemy, aby cokolwiek się zmieniło... Jest nam dobrze, jest nam bezpiecznie. Więc po co podejmować jakiekolwiek działania?

Powiem Wam po co. Po to, aby COŚ przeżyć, COŚ zrobić, CZEGOŚ doświadczyć. Życie mamy tylko jedno. Szkoda zmarnować je na czekanie i marudzenie, że inni mają lepiej. Trzeba wziąć sprawy we własne ręce...

Każda sytuacja, każde zdarzenie nie wydarzyło się bez przyczyny. To wszystko nas kształtuje, to wszystko tworzy z nas ludzi, którymi jesteśmy dzisiaj. Może kilka razy upadliśmy, może kilka razy popełniliśmy horrendalne błędy... ale dzięki temu się czegoś nauczyliśmy, gdzieś dotarliśmy...Więc zamiast żałować, zamiast coraz bardziej się zamykać, zacznijmy doceniać to, co się wokół nas dzieje.

Ja sama nie jestem idealna. Tyle razy się potknęłam, tyle razy gdzieś zbłądziłam, zrobiłam coś głupiego, po czym miałam ochotę spalić się ze wstydu. Ale wiecie co? Nie załamałam się. I życie mi się odwdzięczyło. Teraz jestem tu, studiując coś, co naprawdę mi się podoba. Mając wokół siebie ludzi, na których mi zależy. Każdy dzień jest dla mnie nową przygodą i to motywuje mnie do dalszej walki. Walki o samą siebie. Walki o marzenia. I szczęśliwe życie...

Nie pozwólcie, aby strach przejął nad Wami kontrolę. Wyjdźcie do ludzi, zapomnijcie na moment o tym, co Was ogranicza. Zróbcie coś, na co zawsze mieliście ochotę. Opuśćcie swoją bezpieczną kryjówkę, zburzcie mur przyzwyczajeń, budowany wokół siebie latami. Wygrzebcie się ze swojego gówna. I zrozumcie, że wielkie zmiany czekają na Was tuż za progiem...Trzeba im tylko otworzyć drzwi :)

piątek, 21 października 2016

New chapter

Życie często wystawia nas na próbę. Stawia na naszej drodze tysiące pułapek, setki ślepych zaułków i niezliczoną ilość dołów, do których można wpaść nie wiadomo kiedy i jak. To od nas jedynie zależy w jaki sposób sobie z tym wszystkim poradzimy. Czy będziemy na tyle sprytni, aby przechytrzyć los? Czy będziemy na tyle spostrzegawczy, aby odpowiednio szybko wycofać się ze ścieżki, która prowadzi donikąd? Czy będziemy na tyle silni i wytrwali, aby wygrzebać się na powierzchnię, kiedy jedyne, o czym myślimy w danej chwili to chęć poddania się i zasypania problemów?
Każda sytuacja, każda chwila, czegoś nas uczą. Nic nie dzieje się bez powodu. Każdy gorszy okres jest równoważony dużo lepszym. I na odwrót. Bywa, że piękne wydarzenia kończą się równie szybko jak pstryknięcie palcami. Jak zdmuchnięcie świeczki. Jak przymknięcie powiek. W jednej chwili coś jest, w drugiej już tego nie ma. Dlatego staram się być bardzo ostrożna i nie przyzwyczajać się za szybko do rzeczy, do osób, do pięknych momentów, bo wiem, że wtedy ból po stracie będzie nieskończenie silniejszy. Jak to mówią, trzeba spodziewać się najlepszego, ale być przygotowanym na najgorsze. Ale nie jest to łatwe. Szczególnie, gdy tak jak ja, trzyma się serce na dłoni.

Pamiętacie jak poszukiwałam własnego dilera? Jak potrzebowałam swojej działki, czegoś, co w końcu sprawi, że na nowo zacznę czuć? Że na nowo zacznę się cieszyć, śmiać się bez przyczyny i nie przejmować się tym, co przyniesie jutro? Szukałam, szukałam, ale moje starania spełzły na niczym. W końcu zrozumiałam, że nikt mi tego nie zaoferuje, jeżeli sama nie podejmę decyzji, aby coś w tym kierunku zrobić. Że dopóki na nowo nie otworzę się na świat, świat nie otworzy się na mnie. Więc zaczęłam się zmieniać. I małymi kroczkami dążyłam do nowej-starej wersji siebie. Do wersji, która nie przejmuje się pierdołami. Do wersji, która czerpie radość z małym rzeczy. I która dzieli się tą radością z innymi.  

Bo świat tak naprawdę jest piękny. Trzeba tylko to piękno zauważać. 

I wierzcie mi na słowo, coś jest w stwierdzeniu, że pozytywni ludzie przyciągają innych pozytywnych ludzi. I że to, jakie mamy nastawienie, potrafi wpłynąć na to, co wydarzy się za chwilę. 

Dlatego uśmiechy na twarze, Drodzy Cytrynowi Czytelnicy.

A gdy będzie ciężko, gdy będzie źle, bo nigdy nie jest dobrze w stu procentach, pomyślcie o czymś przyjemnym. Spotkajcie się z kimś, kto wypędzi z Was demony smutnych myśli. Nie dajcie się złamać, nie dajcie się zakopać. Podnieście się z ziemi, otrzepcie ubrania i ruszcie dalej. 

W końcu znowu traficie na prawidłową ścieżkę, a cel, do którego będzie prowadzić wynagrodzi Wam wszelkie trudy podróży. Obiecuję! 

środa, 12 października 2016

Myśleć jak zabójca

Twardym trzeba być, nie miętkim. Nadeszła pora, aby wdrożyć słowa, które słyszymy całe życie. Powtarzane raz za razem, bez większego zastanowienia nad ich sensem i znaczeniem, z pewnością utkwiły nam w pamięci. Nikt nigdy jednak nie powiedział nam na czym ta twardość polega. Wiecie dlaczego? Ponieważ każdy z nas sam musi to odkryć. Musi dostrzec moment, w którym z miłej, niewinnej i posłusznej ofiary zamieni się w pewnego siebie wojownika. W killera. Killera, który zamorduje za swoje racje i z pewnością nie podda się bez walki.
Życie wiele razy kopało mnie po dupie. Ja jednak byłam za słaba, aby mu oddać. I tak tylko narzekałam, płakałam i wrzeszczałam na zmianę. Nie robiłam nic, aby zagrać na nosie wrednemu losowi, wręcz przeciwnie, spełniałam cały jego szatański plan. Poddawałam się jeszcze zanim wchodziłam na ring. Chciałam coś zmienić, a wciąż i wciąż popełniałam te same błędy. Wchodziłam do tej samej rzeki i z pewnością nie wyciągałam z tego żadnych wniosków. Brakowało mi sojusznika, kogoś kto popchałby mnie do przodu, dał mi motywację do walki... Ale wiecie co? W końcu zrozumiałam, że tym sojusznikiem muszę być JA sama. Że jeżeli sama nie wezmę się w garść, nie wstanę, nie podniosę głowy do góry, nikt tego za mnie nie zrobi.

Dlatego powstaję z popiołów jak feniks. Odradzam się na nowo. I tej wersji, którą teraz widzicie nie będzie tak łatwo zniszczyć jak wszystkich przed nią.

Zamieniam się w zabójcę. Będę zabijać za to, co mi się należy. Będę walczyć o to, kim chciałabym być. Koniec z cichą zgodą na nieszczęście. Biorę życie we własne ręce i niczym kupkę gliny uformuję je tak, jak będę tego chciała.

Bo wierzcie lub nie, najłatwiej jest nic nie robić. Siedzieć w miejscu, czasem nawet cofnąć się o dwa, trzy kroki i narzekać. Narzekać na ludzi, narzekać na świat, narzekać na wszystko, co nam się przydarza.

Tyle jednak... czy ma to jakikolwiek sens?

Nie.

Dlatego koniec ze stagnacją. Koniec z siedzeniem na dupie i czekaniem na lepsze czasy. Czas ruszyć do przodu, najpierw powoli, a potem coraz szybciej. Kiedy my zmienimy swoje nastawienie do świata, świat zmieni swoje nastawienie do nas.

Szukam armii nowych, pewnych siebie killerów... Kto jest ze mną?

niedziela, 2 października 2016

Looking for a new way...

Życie każdego dnia, w każdej chwili, w każdym momencie smakuje inaczej. Czasem jest gorzkie, jak kieliszek mocnej wódki pali w przełyku. Czasem wykrzywia twarz, zostawiając kwaśny posmak w ustach. Czasami ocieka słodyczą. Ale od cukru łatwo się uzależnić. Pragnie się go więcej i więcej, aż do zemdlenia. A gdy go zabraknie, jak narkoman na głodzie, nie będziemy mogli skupić się na niczym innym aniżeli próba pozyskania kolejnej "działki". 
Kiedyś wszystko wyglądało inaczej. Dużo rzeczy było nowych, wiele sytuacji przeżywało się po raz pierwszy, a co za tym idzie odczuwało się ogromną ekscytację. Dlaczego dzieci śmieją się niemal cały czas? Ponieważ wszystko, dosłownie WSZYSTKO, jest dla nich czymś nieznanym. Nie boją się ryzykować, nie boją się szukać, chcą poznawać. Chcą smakować wszystko jak leci. Więc wystawiają języki i to robią. Nie myślą o konsekwencjach, nie myślą o tym: a co jeżeli? Może i są lekkomyślne, ale za to jakie szczęśliwe. Raz, jeden czy drugi, się sparzą, bo to nieuniknione. Ale się nie poddają. Dla nich życie jest niczym opakowanie Fasolek Bertiego Botta. Smakuje różnie, czasem lepiej, czasem gorzej, ale przed wyciągnięciem kolejnej fasolki i tak nie można powstrzymać uśmiechu i podekscytowania. Bo nie wiadomo co nas czeka. Może akurat dostanie się nam najpyszniejszy smak na świecie, który wynagrodzi wszelkie pozostałe niewypały?

Później dzieci zmieniają się w nastolatków. One nie są już tak niewinne, ale wciąż mają wiele do odkrycia. Przede wszystkim z tej "ciemnej strony". Pierwsze papierosy zapalone na ławce za szkołą, pierwsze piwo kupione na koncercie.... Pierwsze glany, pierwsza kreska namalowana na powiece... Pierwsze miłości, pierwsze zawody...  Gigantyczna radość miesza się na przemian z dołkiem tak głębokim jak Rów Mariański. Jest albo zajebiście, albo kompletnie do dupy. Ale jest. Czuje się wszystko ze zdwojoną mocą. Czuje się, że żyje. 

A potem wszyscy stajemy się dorośli. Coraz mniej rzeczy jest "pierwszych". Coraz mniej rzeczy sprawia nam przyjemność. Nie potrafimy bawić się w wyciąganie i smakowanie fasolek. Wolimy to, co bezpieczne, co znane, a jednocześnie pragniemy czegoś, co wstrząsnęłoby całym naszym światem. Ale emocje odstawiamy na bok. Bojąc się odrzucenia, nie pozwalamy samemu sobie przywiązać się do ludzi. Bojąc się wyśmiania, nie wypowiadamy własnych opinii. Jesteśmy na tym świecie, ale czy tak naprawdę ma to jakieś znaczenie? Jeżeli nie robimy nic, aby się wyróżnić. Nie robimy nic, aby zostać zapamiętanym. Nie robimy nic, aby tworzyć historie, o których mówiłoby się ze wstydem, ale wspominało z przyjemnością...

Dlatego czasem tęsknię za tym wszystkim, co było kiedyś. Za małą wersją siebie, która wierzyła, że może wszystko. Że mimo iż nie umie śpiewać, zostanie piosenkarką. Że będzie sławna i bogata. Za wersją, która nie przejmowała się wyglądem. Jadła co chciała i czuła się spełniona. Zakładała cokolwiek przyszykowała jej mama. Tańczyła, występowała, próbowała odkryć w czym czuje się najlepiej. Ale gdzieś w tak zwanym międzyczasie zbłądziła. Świat zewnętrzny ją przytłoczył i mała, wesoła dziewczynka stała się zamkniętą w sobie nastolatką. Osobą, która przedwcześnie zaczęła zauważać niedoskonałości tego świata. Osobą, która nie czuła już żadnej motywacji, nie widziała celu, do którego miałaby zmierzać...

Ale wtedy pojawiło się coś jeszcze. Pojawiła się muzyka, w której ja, nastolatka, się zatraciłam. Pojawili się ludzie, którzy nie myśleli o przyszłości. Którzy żyli z dnia na dzień i było im z tym cholernie dobrze. Chciałam być jak oni. I byłam.

Postępowałam głupio, pewnie tak. Ale zwyczajnie szukałam swojej "działki". Czegoś co sprawi, że wreszcie znowu zacznę CZUĆ. Zacznę cieszyć się pierdołami i przestanę zamartwiać się wszystkim, co dzieje się naokoło. 

I tak z różowej księżniczki powstała zbuntowana punkówa. Ale ten okres też już dawno odszedł do lamusa. Dorosłam, dojrzałam i w sumie nie wiem kim teraz jestem. Znowu brakuje mi... CZEGOŚ. Czegoś, co by mi dało kopa. Co by sprawiło, że wreszcie bym przejrzała na oczy. Obudziła się i zaczęła działać. Tak jak kiedyś...

Bo do przeszłości nie wrócę. Nie przeżyję jeszcze raz wszystkiego tego, za czym tak cholernie tęsknię. Nie ubiorę kabaretek, nie założę glanów i nie zacznę tańczyć baletu na wrocławskim rynku. Nie napiszę do chłopaka, którego nie znam, na fejsbuku, tylko dlatego, że ma Marilyna Mansona na zdjęciu w tle. I nie spotkam go potem przypadkiem na jednej z plenerowych imprez... Nie pójdziemy razem na koncert, nie będziemy siedzieć na schodach. Nie dostanę już od niego jego ulubionej kurtki. Nie będziemy łapać stopa, aby pojechać na ognisko, na którym odkryjemy kim jest prawdziwy zabójca. To wszystko już BYŁO. I nie wróci.

Czas zamknąć ten rozdział. I otworzyć nową, czystą kartę. Oczyścić umysł, zamknąć oczy i znowu popłynąć. 

Za jakiś czas okaże się dokąd mnie to wszystko zaprowadzi.

Ale potrzebuję swojej "działki". Zna ktoś może dobrego dilera? 

czwartek, 29 września 2016

Życie, życie jest nowelą...

Życie potrafi zaskakiwać. Czasami aż za bardzo. Wątki, które wydawały się być nieodwołalnie zakończone, nagle znowu pojawiają się na pierwszym planie. Ludzie, o których latami staraliśmy się zapomnieć, po raz kolejny pukają do naszych drzwi, uśmiechając się jakby nigdy nic się nie stało. Jakby nigdy się między Wami nie zepsuło, jakby nigdy nie nastąpił "koniec", a jedynie "ciąg dalszy nastąpi". Wystarczy chwila, moment, aby cały poukładany świat wywrócił się do góry nogami. Aby czarne przestało być czarne, białe przestało być białe, a szare w ogóle nie istniało. Niczym w jakiejś groteskowej sztuce, nic nie będzie tym, czym wydawało się być przez tak długi czas. Życie staje się pokręconym labiryntem, a szyderczy los obserwuje nas uważnie, abyśmy zbyt łatwo nie doszli do jego końca.
Na pewno wiele razy mieliście tak, że wszystko zaczęło układać się po Waszej myśli. Przeszłość odeszła w zapomnienie, a Wy powoli zaczynaliście mieć nadzieję na to, że przyszłość nie będzie jej przypominać w najmniejszym stopniu. Pożegnaliście dawne demony, bez smutku grzebiąc najczarniejsze wspomnienia. I zaczęliście przeć do przodu z uśmiechem...

Jednak życie miało dla Was inny plan.

Nie wiem, kto pisze te wszystkie scenariusze, ale musi mieć naprawdę absurdalne poczucie humoru. Albo skłonność do sadyzmu. Ewentualnie jedno i drugie.

Mój scenarzysta z pewnością jest numerem one w swoim świecie. Idąc przed siebie nagle zauważam, ze nie posuwam się ani o krok. Wręcz przeciwnie, czasami nawet się cofam. Zaś kiedy odwracam się i próbuję zapomnieć o przeszłości, przeszłość pojawia się centralnie przede mną. I jak tu obrać właściwą ścieżkę? Jak tu zrozumieć na czym to wszystko polega? Obmyśleć jakąś strategię, plan... cokolwiek...

Nie da się. Bo życie jest nieprzewidywalne. Trzeba się z tym pogodzić i czekać na rozwój wypadków.

Nic nie dzieje się bez przyczyny. Nic nie kończy się bez powodu.

To od nas zależy co z tego wszystkiego wyniesiemy...

wtorek, 30 sierpnia 2016

W poszukiwaniu własnej drogi...

Ostatnio przyłapałam się na tym, że za bardzo przyzwyczajam się do codzienności. Łaknąc poczucia bezpieczeństwa, zatracam się w tym co znane, dążę do stagnacji, a przede wszystkim boję się zmian. Wyjazd, który niegdyś był długo oczekiwaną przepustką do "lepszego życia", teraz przyprawia mnie o lekkie mdłości. Przypomina o tym, że już nigdy nic nie będzie takie, jakim było przez całe moje życie. Nowa szkoła, nowe mieszkanie, nowe miasto... Jak ja sobie z tym poradzę?! Im bliżej samodzielności, tym bardziej czuję się malutka, zagubiona i przestraszona. W mojej głowie pojawiają się myśli, że może jeszcze nie teraz, że może za rok, dwa, pięć albo i dziesięć...Stop! Trzeba się ich pozbyć. Jak najszybciej. W końcu każda zmiana, choćby nie wiadomo jak przerażająca, do czegoś prowadzi. Nie można oczekiwać innych efektów, cały czas obstając przy tym co znane. Trzeba ruszyć do przodu. Podnieść głowę, zacisnąć zęby i stworzyć nową, bezpieczną rzeczywistość. W końcu nie można całe życie żyć na Końcu Świata. Tak jak nie można całe życie pozostać dzieckiem. Dorosłość nadeszła. Czas stawić jej czoła.
Te wakacje były dosyć obfite, zarówno w nowe przeżycia, nowe znajomości, nowe wzloty i nowe upadki. Czasem było lepiej, czasem gorzej. Błądząc, próbowałam odkryć kim tak naprawdę jestem, czego pragnę i dokąd zmierzam. Nie do końca jestem z siebie dumna. Wiem, że w wielu sytuacjach postępowałam po prostu głupio i nierozsądnie, w innych nadużywałam swojego skorpionowego jadu, raniąc słowem osoby, które powinny być mi najbliższe. Czasem zapominałam o tym co ważne, zatracając się w tym, co nieistotne. Przeżywałam kryzysy, nawiedzały mnie demony przeszłości, nie pozwalając mi na osiągnięcie spokoju. Na szczęście dostrzegłam to zanim było za późno. Zrozumiałam, że trzeba w końcu wziąć sprawy we własne ręce. Że nic samo się nie wyjaśni, nie rozwiąże, nic samo się nie zmieni. I że żeby życie zaczęło w końcu być takim, jakie byśmy chcieli, trzeba mu najpierw na to pozwolić.

Nigdy nie byłam dobra w dopasowaniu się do reszty. Niczym kot, obierałam własną ścieżkę i kroczyłam nią dumnie z wysoko podniesioną brodą. Ta indywidualność nie zawsze była czymś, z czego mogłabym być zadowolona. Zaczęła mnie przytłaczać, a ja zapragnęłam być taka jak inni. Wiecie co Wam powiem? Cholernie się cieszę, że nie osiągnęłam tego durnego celu. Teraz już wiem, że właśnie to, że się wyróżniam jest moim asem w rękawie. Moją kartą przetargową w nowym życiu. Muszę ją chronić, a nie wymieniać na te niższego sortu.

Nie każdy we mnie wierzy. Często sama też tego nie potrafiłam zrobić. Ale żeby coś osiągnąć trzeba zaufać najpierw sobie. Wsłuchać się w swój wewnętrzny głos i wyłączyć na głupie opinie ludzi, którym wydaje się, że Cię znają. Nikt nie zna nas tak dobrze jak my sami. To my wiemy na co nas stać, do czego dążymy, jakie mamy plany i ambicje. I mimo że otoczenie podśmiewa się po kątach, a czasem nawet prosto w twarz, nie powinniśmy brać tego do siebie. Jedynie możemy uśmiechnąć się słodko i z tym niewinnym wyrazem twarzy pokazać tym wszystkim idiotom dwa środkowe palce.

Niektórzy z Was, zupełnie tak samo jak ja, stoją przed trudnymi wyborami. Chciałabym żebyście pamiętali, że obojętnie jaką decyzję podejmiecie, to Wasze życie. Nie kolegi, nie mamy, nie ukochanego. Tylko Wasze. Nie starajcie się nikomu podporządkowywać, bo nigdy nie będzie tak, że wszyscy wokół będą zadowoleni. Miejcie wyrąbane na to, co myślą i mówią inni. Zadbajcie o siebie i swoje interesy.

Kiedyś ci, którzy najbardziej szydzili, będą pytać Was jak to zrobiliście, jak osiągnęliście tak wielki sukces. Nie ważne czy w życiu uczuciowym, czy też zawodowym... Wtedy zrozumiecie, że było warto. Poczujecie satysfakcję, że się nie ugięliście, że parliście do przodu, mimo niepochlebnych komentarzy. Uśmiechniecie się w duchu, mile połechtani tym z pozoru prostym pytaniem... Pytaniem, które kryje w sobie wielkie fale zazdrości.

Jak mówiłam, czas dorosnąć. Czas też zrozumieć, że dobrze jest się wyróżniać. Na świecie żyje zbyt wielu szarych osobników. Pozwólmy sobie rozkwitnąć wśród nich wszystkimi kolorami tęczy.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Let's remember...

Czas płynie nieubłaganie. Przecieka przez palce i w żaden sposób nie jesteśmy w stanie go zatrzymać. Nie możemy nad nim zapanować, nie możemy go cofnąć, nie możemy zwolnić, nie możemy też przyspieszyć. Musimy się z tym pogodzić i starać się wykorzystywać go jak najlepiej. Nie czekać na jutro, bo jutro może nigdy nie nadejść. Nie odkładać marzeń na później, bo może okazać się już za późno. Ale nie możemy żyć też przeszłością. Było, minęło. Pozostały wspomnienia, jedne lepsze, drugie gorsze, ale każde z pewnością coś wniosło do naszego życia. Każda decyzja, każda popełniona pomyłka, każda chwila szczęścia ukształtowały nas. Zrobiły z nas ludzi, którymi jesteśmy teraz. Każdy z nas ma swoją historię, niektórzy skrzętnie ją ukrywają, dzielą się tylko urywkami, inni lubią trochę podkolorować, a niejeden woli zachować ją w całości dla siebie. Ważne jednak, aby pozwolić tej historii być, wyciągać z niej wnioski i uczyć się na przyszłość. Los wielu z nas potraktował okrutnie, a tylko nieliczni mogą nazwać swoje życia bezproblemowymi. Ale to okrucieństwo ma jakiś sens, po coś zaistniało, po coś się na naszej drodze pojawiło. Nic bowiem nie dzieje się bez przyczyny. Ważne aby o tym nie zapominać....
Odkąd pamiętam prowadziłam pamiętniki. W różnej formie. Najczęściej jednak kupowałam zeszyt w pięknej oprawce (w sklepie papierniczym potrafiłam siedzieć godzinami aby wybrać ten jedyny!) i z postanowieniem opisywania każdej najdrobniejszej sytuacji, robiłam miejsce dla wspomnień. Oczywiście zapał szybko mi się kończył, taka już jestem, nie potrafię długo trwać przy jednej czynności i zamiast codziennych zdarzeń, pojawiały się w tym zeszyciku tylko te, które wywarły na mnie jakiś większy wpływ. Czasem bez większego ładu składu. Na jednej stronie wpis tryskał szczęściem, drugiego wpadał w nastrój dołujący jak Rów Mariański. Z czasem wpisy stawały się coraz dojrzalsze, zaczęłam wklejać do zeszytów pamiątki, kartki świąteczne od ważnej dla mnie osoby, listy, które sobie wysyłaliśmy. Zdjęcia z wakacji. Bilety z koncertów. W krótkim czasie pamiętniki stały się przepustką do podróży w przeszłość. A ja czasem z tej podróży korzystam, siadam i po prostu czytam...

Nie jest łatwo przechodzić przez wszystko jeszcze raz. Pewne sytuacje przypominają o sobie z całą mocą. Ludzie, o których powinnam zapomnieć, znowu pojawiają się w moim życiu. Problemy, z którymi już dawno powinnam sobie poradzić, znów chcą zagościć w moim sercu. Ale z drugiej strony chwile szczęścia, chwile radości przywołują na moich ustach uśmiech. Zapisy rozmów (bo takowe też robiłam i robię nadal) pokazują mi to, jak bardzo wszystko się zmieniło. Jak bardzo JA się zmieniłam. Jak bardzo zmieniło się moje podejście. I choć życie nadal jest jedną wielką sinusoidą, raz jestem na samym szczycie, tryskając pozytywną energią, raz na samym dole, nie mając siły wyjść z pokoju, to widzę, że sprawy potoczyły się w bardzo dobrym kierunku....

Ale co Wam będę opowiadać... Możecie zauważyć to sami, jeżeli jesteście ze mną, tu, na Cytrynowym Zakątku, od samego początku (ale mi się zrymowało :>). Gdy zaczynałam, nie miałam tak naprawdę pomysłu, jak to wszystko poprowadzić. W którą stronę zmierzać, o czym tak naprawdę pisać. W niedługim czasie jednak zrozumiałam, że to miejsce jest przede wszystkim dla mnie. Dlatego tak naprawdę dzielę się z Wami, moimi Gośćmi, wszystkim, co mi siedzi w głowie. Nie akceptuję obłudy, nie toleruję fałszu. I mam nadzieję, że wyczytujecie między słowami, że wszystko, co Wam przekazuje, płynie z mojego wnętrza.

Spotykałam się z opiniami, że blog stał się bardzo depresyjny. Ciągle słyszę od jednej osoby (:D), że czytając posty można złapać doła. Może to i racja. Na początku Cytrynówka była dużo słodsza, jednak z czasem tego cukru trochę mi zabrakło. A nie zamierzam dosładzać na siłę. Fałszywa słodycz jest gorsza od prawdziwej goryczy...

Dzisiaj jednak powinnam Was poczęstować bardzo słodkim tortem, moi drodzy Cytrynowi Maniacy. Blog obchodził swoją rocznicę... dokładnie miesiąc temu. Przypomniałam sobie o tym dopiero dzisiaj. I tak na marginesie podziwiam ludzi, którzy pamiętają o wszystkich ważnych datach, licząc niekiedy dni od poznania kogoś ważnego. Znając życie to będąc w związku byłabym tą stroną, która zapomina o rocznicach :D

Ale ważne, że w końcu sobie uświadomiłam i że możemy razem świętować. Dlatego wznieśmy toast! Za wspomnienia, za chwile, za czas razem spędzony. Oby takich było jak najwięcej!

To komu postawić dzisiaj cytrynówkę? :)

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Welcome to the dark side...

Drogi Nieznajomy,

Mówisz, że przesadzam. Że to niemożliwe, aby wszystko toczyło się tak źle, jak o tym mówię. Że powinnam spojrzeć na pozytywy. Że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście, trzeba tylko odpowiednio długo się za nim rozglądać. Patrzysz na mnie, uśmiechasz się i każesz zrobić to samo. Ale to nie takie proste. Nic ostatnio takim nie jest. Za dużo problemów, za dużo zmartwień. I wszystko to na jednej głowie. Pamiętasz? Opowiadałam Ci o demonach. Że one istnieją. Że są w wśród nas i mieszają w naszych życiach, w naszych myślach i w naszym podejściu do świata. Trudno jest się ich pozbyć. Szczególnie kiedy czuje się, że w tej walce jest się pozostawionym samemu...
Ja kontra one. Kto zwycięży tę walkę? I jak długo ona będzie trwać? Czy znajdę w sobie tyle siły, żeby wytrwać do końca? Nie jestem pewna. Czasem chciałabym się poddać, ale widzę Twój wzrok. Widzę Twoją wiarę w to, że sobie poradzę. Staram się więc stawać na nogi za każdym razem. Podnoszę się po każdym upadku. Oddaję każdy cios, który dotyka mnie głęboko w środku. Robię to dla Ciebie, bo sama nie widzę w tym już sensu.

Udaję silną, bo na nic więcej mnie już nie stać. Wszystko jest kłamstwem, wszystko jest iluzją. Czasem sama w to nie wierzę, czasem zaś kłamstwo jest tak rzeczywiste, że niemalże staje się prawdą. Niczego nie można być już pewnym. Jutro zlewa się z dniem dzisiejszym, a to co działo się wczoraj odchodzi w dalekie zapomnienie. Nie wiem kim jestem, ani kim staram się być. Czasem myślę, że powinnam sobie odpuścić. Inaczej: że powinnam się poddać. 

Najbardziej boli, kiedy osoby, na którym Ci zależało odchodzą. Ode mnie odeszło już wielu i kolejnej straty nie przeżyję. Mówisz, że jestem głupia, że Ty będziesz zawsze, ale nie dziwisz się chyba, że trudno mi traktować Twoje słowa poważnie? Lepiej być przygotowanym na najgorsze niż potem się zawieść. Znam to z autopsji, więc bardzo proszę, postaraj się mnie zrozumieć.

Albo zrób co innego. Zniknij. Już, teraz, zaraz. Zanim zdążę się przyzwyczaić.

Zniknij jak wszyscy przed Tobą i każdy po Tobie. Stań do mnie plecami i po prostu wyjdź z mojego życia. Nie odwracaj się, nie żegnaj i pod żadnym pozorem nie utrzymuj ze mną kontaktu. Tak będzie łatwiej.

Zrób to szybko, jak najszybciej. Rozpłyń się niczym sen, z którego gwałtownie wyrwał mnie dźwięk budzika. Przejdź do przeszłości zanim zacznę mieć nadzieję na jakąkolwiek przyszłość...

Zostaw mnie samą. Zostaw mnie z moimi demonami. Nie potrzebuję Twojej pomocy w walce, która z góry skazana jest na przegraną.

Tak będzie lepiej. Lepiej dla Ciebie.

Bo dla mnie i tak już nie może być gorzej....

sobota, 13 sierpnia 2016

Adventure time

Podróże kształcą. I nie mówię tu tylko i wyłącznie o długich, drogich i ekskluzywnych wyjazdach w najdalsze zakątki świata. Takich, o których każdy marzy, ale większości z nas nigdy nie uda się tych marzeń spełnić. Bo zawsze znajdzie się coś, co stanie nam na przeszkodzie. Pieniądze, praca, rodzina...Czasem strach. Strach przed tym, co nieznane, co inne, co tak bardzo odbiegające od naszej szarej, bezpiecznej, rzeczywistości.
Ale mimo tych wszystkich aspektów, które sprawiają, że myślimy, że podróżnicze życie nie jest nam pisane, musimy zrozumieć, że tylko i wyłącznie od nas zależy czy skorzystamy z okazji, jakie niesie ze sobą każdy nowy dzień. Nie musimy zarabiać kokosów. Nie musimy czekać na tygodniowy urlop. Nie musimy siedzieć na tyłkach i marudzić, że inni mają lepiej, a nasze życie jest bezgranicznie monotonne, przewidywalne i zwyczajnie... nudne.

Każdy z nas bowiem może skorzystać z dobrodziejstw jakie płyną z podróżowania. Trzeba tylko zrobić pierwszy krok. Odrzucić schematy, zamknąć się na opinię społeczeństwa i wyjść. Po prostu. Przed siebie. Nie martwiąc się niczym, nie myśląc o tym, co będzie później, ani dokąd poniosą nas nogi. Możemy zacząć swoją wyprawę od zwiedzenia okolicy. Możemy wsiąść w autobus i pojechać nieco dalej. Albo wziąć rower. I połączyć tym samym przyjemne z pożytecznym.

Opcji jest wiele. A to, czy z nich skorzystamy, ba!, czy je zauważymy, zależy tylko od naszego nastawienia. Bo jasne, szwendanie się po okolicy trudno nazwać wymarzonymi wakacjami. Ale musimy przestać patrzeć na to pod tym kątem. Zrozummy, że życie jest nieprzewidywalne. Nie wiemy co tak naprawdę czeka na nas za rogiem, co wydarzy się za chwilę, mignie przez moment, a będzie miało horrendalny wpływ na całą naszą przyszłość. Nic nie dzieje się bez powodu, nic nie dzieje się bez przyczyny. Wszystko to nas czegoś uczy, wszystko to nas kształtuje. Skutki mogą być widoczne dopiero po miesiącach, czasem po latach. Ale każda decyzja, każda nowa znajomość, każde nieznane dotąd doświadczenie, to lekcja, z której wiele wyniesiemy.

Żeby jednak skorzystać z niej w stu procentach, trzeba przestać nieustannie GDZIEŚ pędzić, COŚ robić, DOKĄDŚ zmierzać. Wyłączmy myślenie, pozwólmy sobie na odrobinę relaksu. To, że urlop spędzamy w wielkim mieście, nie znaczy przecież, że musimy zwiedzić każde muzeum, teatr i operę w okolicy. Nie musimy planować całego dnia, bo "szkoda marnować czasu". Zamiast tego wyjdźmy zwyczajnie na ulicę, przejdźmy parę przecznic, odwiedźmy piękny park i usiądźmy. Poznajmy ludzi, pozachwycajmy się przyrodą. Zobaczmy to miasto od innej strony. Nie tej turystycznej, nierzadko komercyjnej. Tylko właśnie tej zwyczajnej, codziennej. Dajmy sobie czas na refleksje. Po prostu bądźmy. Pożyjmy chwilę innym życiem. Zobaczmy jak to jest. I wyluzujmy. W końcu na urlopie powinniśmy odpocząć. A nie stale się spinać. Co z tego, że nie zdążyliśmy na autobus? Pojedziemy następnym. Co z tego, że weszliśmy na inną ulicę niż powinniśmy? Rozejrzyjmy się wokoło, a może zobaczymy coś naprawdę interesującego.

A jeżeli rzeczywiście chcemy wyjechać za granicę, to pomyślmy, czy naprawdę musimy korzystać z pakietu all inclusive? Mieć wszystko pod nosem i tak naprawdę nie ruszać się nawet z hotelu? Wiele razy widziałam ludzi, którzy będąc w ciepłych śródziemnomorskich krajach, nie wychodzili nawet nad morze. Bo po co, skoro mogli skorzystać z ośrodkowego basenu? Mając darmowe drinki i przekąski. Żyć nie umierać!

Nie rozumiem tego podejścia. Sama uwielbiam zwiedzać na własną rękę, chodząc po ciasnych zakamarkach, odkrywając to, co większość zwiedzających omija jako niewarte uwagi. Kocham poznawać lokalną kuchnię. Uwielbiam słuchać, co mają mi do powiedzenia miejscowi. I z całą pewnością wynoszę z tego więcej niż ludzie ślepo podążający za przewodnikiem, którego słowa wpadają im jednym uchem, a wypadają drugim. Których najgłębszą refleksją jest to, czy na obiad zjedzą pizzę czy spaghetti. I kiedy wreszcie będą mogli nachlać się nad tym cudownym basenem.

Wiem, że wakacje powoli się kończą, ale nigdy nie jest za późno na podróż, choćby najmniejszą. Podróż, która zaprowadzi nas w głąb siebie. Która pomoże docenić nam to, co naprawdę ważne.

Dlatego taka moja mała rada. Uczmy się czerpać z chwili, bo tylko chwile tak naprawdę się liczą. Nie to, jak daleko byliśmy, ile pieniędzy wydaliśmy, jak bardzo się opaliliśmy. Lecz to ile z tego wszystkiego wynieśliśmy...

Największe przygody zaczynają się od wyjścia z domu. Więc zbierać manatki, najlepiej już w tej chwili i zobaczcie jakie niespodzianki przygotował Wam dzisiaj los...

wtorek, 19 lipca 2016

Cause we are young tonight...

Młodość rządzi się swoimi prawami. Żyjemy mocno, bawimy się głośno, śmiejemy często i w najmniejszym stopniu nie myślimy o konsekwencjach. Chcemy mieć wszystko tu i teraz, a co więcej uważamy, że nam się to w zupełności należy. Przyszłość jest dla nas zbyt odległa, przeszłość przysłonięta mgłą, a jedynie teraźniejszość ma jakąkolwiek wartość. Codziennie umieramy i budzimy się na nowo. Zmieniamy zdanie milion razy, dzisiaj wystrzegając się tego, na co jutro z wielkim uśmiechem przystaniemy. Błądzimy między tym co dobre, a tym co złe, niemal po omacku szukając w całym tym bałaganie kolejnej części samego siebie.
Jesteśmy podatni na wpływy, podatni na sugestie. Bo skoro inni coś robią, my też możemy. Prosta sprawa, nie? I mamy gdzieś co powie mama, mamy gdzieś, co pomyślą starzy znajomi, mamy gdzieś to, że reszta rodziny będzie wysyłać nas do piekła i chlapać wodą święconą. Nie chcemy być dobrzy, bo dobroć się nie opłaca. Jest zwyczajnie nudna, a przecież na nudę jeszcze przyjdzie pora. Palimy za sobą mosty, nawet nie odwracając głowy, aby ocenić skalę zniszczeń. Liczymy na fun, wyrzekając się jakiejkolwiek odpowiedzialności. Gubimy siebie, gubimy to, kim byliśmy, zanim wpadliśmy w wir całego tego odmiennego życia. I w końcu zapominamy o tym, co kiedyś było dla nas ważne. Zapominamy o własnych marzeniach, zapominamy o planach, zapominamy o celach, które kiedyś wyznaczały nam naszą ścieżkę. Sprawiały, że byliśmy kimś wyjątkowym. A my z tej wyjątkowości świadomie zrezygnowaliśmy...

Współczesny świat jest okrutny. Tu nie ma miejsca na romantyczne miłości, nie ma miejsca na indywidualizm, nie ma miejsca na zbyt rozległe przemyślenia. Trzeba być w cholerę mocnym, aby nie ugiąć się, nie zatracić siebie, tylko z podniesioną głową przeć przez życie. Trzeba mieć w sobie ogromną dozę asertywności i samozaparcia. A uwierzcie mi, obie te cechy są coraz rzadziej spotykane...

Nie mówię, że nie można się bawić, że trzeba być stale poważnym, bo nie o to tutaj chodzi. Zwyczajnie trzeba mieć głowę na karku i pamiętać, że każdy nasz czyn ma swoje konsekwencje. Uda się raz, uda się i piąty, dziesiąty, ale za jedenastym nie będziemy mieć tyle szczęścia... Niektóre decyzje naprawdę są nieodwołalne w swoich skutkach. A płacz nad rozlanym mlekiem nie sprawi, że wróci ono do formy sprzed upadku. Co najwyżej może uzmysłowić nam, aby z następną butelką obchodzić się nieco ostrożniej...

Ja dopiero ostatnio uzmysłowiłam sobie, że życie serio mamy tylko jedno. I choć nam, młodym, wydaje się, że możemy wszystko, że jesteśmy nieśmiertelni to z całą pewnością tak nie jest. Wystarczy jeden nieostrożny krok, a możemy zsunąć się ze stromego klifu, na którym balansowaliśmy szczęśliwie dłuższy czas. I właśnie to, że nam się udawało, że nie mieliśmy nawet najmniejszego zadraśnięcia, sprawiło, że przestaliśmy być ostrożni. A to doprowadziło do tego, że w końcu powinęła nam się noga.

Dlatego radzę się chwilę zastanowić, nie płynąć z nurtem, mieć własny rozum i żyć tak, jak sami tego chcemy, a nie jak wymaga tego od nas otoczenie. Są wakacje, można pozwolić sobie na więcej luzu, na mniej dyscypliny, ale zróbmy wszystko, aby po czasie tej beztroski mieć do czego wrócić. I żeby niczego nie musieć żałować...

czwartek, 7 lipca 2016

What are you afraid of?

Człowiek to bardzo dziwne stworzenie. Za dużo myśli, za dużo analizuje. Wynajduje problemy tam gdzie ich nie ma. Martwi się tym co może być, zamiast cieszyć się tym, co jest tu i teraz. Z jednej strony chce być szczęśliwy, z drugiej podświadomie robi wszystko, aby to szczęście nie mogło się w jego życiu zadomowić na dłużej.
Biegnie z całych sił w bliżej nieokreślonym kierunku, podąża za tłumem, próbując osiągnąć COŚ wielkiego. Ciągle nie ma czasu, ciągle nie ma siły... Nie zwraca uwagi na małe gesty, które mogą zmienić wszystko. Nie widzi uśmiechów, za którymi mogą kryć się niewypowiedziane słowa, Nie rozumie, że życie to nie tylko robienie tego, czego się od niego oczekuje. To pozwolenie sobie na podejmowanie decyzji. Na słuchanie tego, co podpowiada nam serce. Na postępowanie w zgodzie ze sobą. Na parciu w kierunku, który rzeczywiście nam odpowiada. Choćby całe społeczeństwo patrzyło na nas spode łba, my nie możemy dać się zbić z pantałyku. Nie możemy się poddać. Nie możemy się bać. Musimy być odważni. I choć byśmy upadli sto razy, sto razy podjęli złą decyzję, sto razy się na kimś zawiedli, to wszystkie te błędy składają się na nasze doświadczenie. A doświadczenia nie da się zdobyć w inny sposób. Nie pomogą mądre słowa, nie pomogą rady, dawane przez "życzliwych" ludzi. Musimy poczuć na własnej skórze smak porażki, aby w przyszłości potrafić rozkoszować się słodkim smakiem zwycięstwa.

Tak jak mówiłam, strach nie jest pożądany, ale z drugiej strony jest nieunikniony. Ważne, aby stawić mu czoła, zebrać się w sobie, wyprostować się i z podniesioną głową, powiedzieć sobie, że da się radę.

Powiedzieć? Ba!, można nawet krzyknąć. Ważne, abyśmy sami w to uwierzyli.

Bo strach jest pojęciem względnym.

Boimy się opinii innych ludzi, dopóki nie zrozumiemy, że nie mają one żadnego znaczenia. Że krytyka często wynika z próby dowartościowania się przez osobę krytykującą. Że słowa to tylko słowa. Można wpuścić je jednym uchem, wypuścić drugim. Nie pozwolić, aby nam coś odebrały.

Boimy się samotności, dopóki w pewnym momencie naprawdę nie zostaniemy zupełnie sami. Wtedy będziemy musieli zbudować taką relację z samym sobą, że nie będziemy potrzebować drugiej osoby, aby czuć się kochanym i potrzebnym. Zostaniemy swoimi najlepszymi przyjaciółmi. Zaczniemy doceniać tę osobę, którą jesteśmy. Uwierzymy, że naprawdę nie powinniśmy się zmieniać. A z całą pewnością nie powinniśmy się zmieniać dla kogoś.

Boimy się tego, że w jakiejś sytuacji nie będziemy mogli nic zrobić, dopóki rzeczywiście nie stracimy nad czymś kontroli. Wtedy zrozumiemy, że nie na wszystko mamy wpływ, nauczymy się odpuszczać i przestaniemy chcieć zmieniać to, czego zmienić się nie da.

Boimy się porażki, dopóki nie zrozumiemy, że przez ten strach stoimy tak naprawdę w miejscu. Wtedy dotrze do nas, że od upadku gorsze jest niepróbowanie. I zaczniemy działać.

Boimy się tego, że ktoś wyrządzi nam krzywdę, dopóki nie dotrze do nas, że sami ją sobie wyrządzamy takim myśleniem.

Boimy się śmierci, dopóki nie spotkamy ludzi umierających za życia. Wtedy zrozumiemy, że nie mamy tak naprawdę nic do stracenia. Odrzucimy cały strach i zaczniemy robić to, co chcieliśmy robić od zawsze...

Każdy z nas ma swoje demony. Trzeba się z nimi konfrontować, stawiać im czoła. Nie możemy pokazać im, że jesteśmy słabi. Bo one to zauważą i wykorzystają, aby pomniejszyć nas jeszcze bardziej.

Nasz czas jest ograniczony. To od nas zależy kiedy to zrozumiemy, zauważymy i zrobimy coś, aby wreszcie przestać go tracić.

Pamiętajcie, im szybciej to się stanie, tym lepiej.

Życie jest tylko jedno. Przeżyjmy je tak, jak sami tego chcemy. A nie tak, jakby chcieliby tego inni.


poniedziałek, 20 czerwca 2016

Sztuka zwana zaufaniem

Spotykamy w życiu różnych ludzi. Jedni z nich są tylko na chwilę, inni zostają w nim na zawsze. Ale oba typy łączy fakt, że każdy z nich czegoś nas uczy. W mniej lub bardziej przyjemny sposób sprawia, że zaczynamy rozumieć na czym tak naprawdę polega ten świat. Przestajemy naiwnie wierzyć w każde wypowiedziane słowo, w każdy gest, w każde spojrzenie. Bo bardzo często bywa, że wszystko to jest jedynie ułudą. Środkiem do osiągnięcia celu. Grą, w której wygrać może tylko jeden...

Jest taki piękny cytat z Małego Księcia. O tym, że niektórzy pojawiają się znienacka. Mieszają, mącą w naszych sercach. A potem znikają bez pożegnań. Żadne czary, tylko nasza naiwność pozwala byle komu się oswoić. 

Smutne. Ale prawdziwe. Bywa, że czasem tak bardzo potrzebujemy zrozumienia, tak bardzo pragniemy, aby ktoś dawał nam poczucie bezpieczeństwa, okazał nam szacunek i zainteresowanie, że dopatrujemy się go w najmniejszych szczegółach, jednocześnie przymykając oko na całe zło, które ta osoba ze sobą wnosi. Usprawiedliwiamy każde złamane słowo, każdą niedotrzymaną obietnicę, wywyższając i wyolbrzymiając jedynie to, co dobre. Dajemy się wykorzystywać, dajemy sobą manipulować. A potem cierpimy. Ale przynajmniej wreszcie przejrzymy na oczy.

Wiele osób przewinęło się przez moje życie. Niewiele w nim pozostało. Ale dzięki nim wszystkim, wiem na kim tak naprawdę mogę polegać, komu ufać. Nie pozwalam się już oswoić zbyt szybko. Na to potrzeba czasu. To właśnie on zweryfikuje prawdziwość intencji danej osoby, szczerość jej zamiarów i bezinteresowność czynów.

Bo nie ma niczego gorszego od zawiedzionych nadziei i naruszonego zaufania. I choć człowiek jest w stanie pozbierać się po wszystkim i ze wszystkiego, to doświadczenia sprawiają, że nigdy nie będzie taki sam jak wcześniej.

I może się śmiać, może udawać, że wszystko jest w porządku, ale w głębi duszy będzie ostrożny. Będzie czuć niepewność, będzie czuć obawy. Przed zranieniem, przed samotnością, przed odejściem kolejnej osoby, na której mu zależało.

Będzie trudniej go oswoić, trudniej sprawić, aby Ci zaufał. Ale kiedy to osiągniesz, kiedy małymi kroczkami sprawisz, że jego serce na nowo się otworzy, możesz mieć pewność, że Cię nie opuści.

Ale zanim zaczniesz cały ten proces, musisz pamiętać, że "na zawsze ponosisz odpowiedzialność za to, co oswoiłeś".

Więc zastanów się dwa razy. Bo potem nie będzie już odwrotu.

czwartek, 16 czerwca 2016

Chwilo trwaj!

Życie jest za krótkie, aby chodzić z kijem w dupie. Brać wszystko do siebie, ciągle się gdzieś się spieszyć, ciągle być niezadowolonym z otaczającej rzeczywistości. Przejmować się wszystkim, każdą pierdołą, każdym najdrobniejszym szczegółem. Biec jak najszybciej do bliżej nieokreślonego celu. Pragnąc rzeczy, które tak naprawdę wcale nie są nam potrzebne. Zawsze chcąc więcej, mocniej, bardziej... Próbując nie dopuścić do tego, aby inni mieli lepiej.
Wpadając w ten pęd zapominamy o tym co jest naprawdę ważne. Przegapiamy chwile, które mogły zmienić nasze życie, z obojętną miną mijamy ludzi, którzy mogli wywrócić je do góry nogami i nie doceniamy tego, co nas otacza. Rzeczywistość wydaje się być szara, nieatrakcyjna, niewarta naszej uwagi. I dopiero po czasie zaczynamy doceniać to, co bezpowrotnie już minęło. Wspominamy i żałujemy, że nie zwolniliśmy tempa. Że nie umieliśmy się śmiać bez powodu i płakać bez przyczyny. Że straciliśmy okazję, aby bez zbędnych trosk dać się porwać momentowi. Bez myślenia, bez odpowiedzialności, bez zamartwiania się tym, co będzie. Żyjąc tym co tu i teraz. Bawiąc się, żartując, korzystając  z tego, co oferuje nam los.

Ale życie to nie film. Przy urodzeniu nikt nie dołącza do niego pilota. Nie da się wcisnąć przycisku "back", nie da się zrobić "replay". Dlatego trzeba się opamiętać, kiedy jeszcze nie jest za późno.

Ja opamiętałam się już dawno. Może często postępuję głupio i nieroztropnie, a moje czyny są niezrozumiałe dla większości społeczeństwa, ale mi to odpowiada. Bo potrafię wyjść z domu i zachwycać się zachodzącym słońcem. Bo mogę leżeć na trawie i oglądać gwiazdy. Bo poznaję nieustannie nowych ludzi, którzy ubarwiają ten szary świat. Bo bawię się znakomicie i nie myślę o tym, co stanie się jutro, za tydzień, za rok...

Czasem jestem dziecinna, czasem nieodpowiedzialna. Popełniam błędy, ale staram się już nie zwracać na nie tak dużej uwagi. Nigdzie nie pędzę, nigdzie się nie spieszę. Powoli idę przed siebie, zdobywam doświadczenie i staram się nie oglądać na to, co było. Przeszłość nie istnieje, przyszłość jeszcze nie nadeszła. Prawdziwa jest tylko trwająca chwila. Dlatego trzeba poprzestawiać sobie priorytety i zapytać samego siebie dokąd zmierzamy, czego pragniemy i jak możemy to osiągać.

Nie patrzmy na innych. Nie zazdrośćmy. Nie starajmy się im dorównać.

I przede wszystkim nie dajmy się wciągnąć w ten owczy pęd. Nie pozwólmy, aby naszym światem rządziły pieniądze. Aby dobra materialne przysłoniły nam to, co prawdziwe, co piękne i naprawdę ważne. Doceniajmy chwile, bo jak wszystko, co dobre, szybko się kończą. A wierzcie, po czasie można tylko żałować, ale na pewno niczego się nie zmieni.

niedziela, 5 czerwca 2016

Człowiek-zagadka

Nie powinno oceniać się książki po okładce, wódki po etykiecie, a cukierków po papierku, którym są owinięte. Pięknie oprawiona książka może okazać się nie do przebrnięcia, zgrywająca mocarza wódka w rzeczywistości będzie słabą podróbą, a cukierki choćby nie wiadomo jak kolorowe będą mdłe w smaku. Zanim więc wydamy opinię, zanim z zachwytem krzykniemy "O! To musi być dobre!", zanim wypowiemy masę epitetów wychwalających nasz produkt pod niebiosa, musimy zapoznać się z jego wnętrzem. Treścią książki, zawartością butelki i smakiem słodyczy. Przedwcześnie wydana opinia, zbyt pochopnie wysnute wnioski mogą bowiem przynieść tylko rozczarowanie, ból, smutek... i złość. Ale źli możemy być tylko na siebie. To że coś nie spełniło naszych oczekiwań, to, że pomyliliśmy się w osądzie jest tylko i wyłącznie naszą winą. To my mamy problem, więc powinniśmy ponieść karę. A karą zazwyczaj są zawiedzione nadzieje. Rozpieprzony światopogląd. I świadomość pomyłki.
Pewnie już domyśliliście się do czego zmierzam. Że nie chodzi mi o przedmioty, a o ludzi i bezmyślne szufladkowanie, pewnego rodzaju stygmatyzację orzekaną na podstawie wyglądu. Jest to tak cholernie irytujące, a zrazem tak powszechne, że musiałam o tym napisać. Wkurza mnie, kiedy ktoś wypowiada się na temat, którego kompletnie nie zna, mówi o ludziach, z którymi nie zamienił ani słowa. Ale oczywiście w niczym mu to nie przeszkadza. I tak laska w mini spódniczce to zwykła szmata, dziewczyna siedząca na ławce z książką w ręku to nudziara, a ten dziwny chłopak w obcisłych spodniach, który nigdy nie odzywa się ani słowem, to pierdolony emo. Nikt nie zastanawia się, co kieruje tymi ludźmi, co myślą, co czują, czemu zachowują się tak, a nie inaczej. Nikt nie ma zamiaru wysilić się i spróbować poznać ich wnętrze. Szybciej i prościej jest wydać opinię, kierując się tym co widzą nasze oczy. Ale wzrok potrafi płatać figle. Kiedyś będziemy za to płacić.

Osobiście już dawno nauczyłam się, że powierzchowność to nie wszystko. Że uroda przemija, a pieniądze nie zawsze sprawiają, że jesteśmy szczęśliwi. Że człowiek często jest doskonałym aktorem i że zakładanie masek jest na porządku dziennym. Dlatego przestałam zwracać na to uwagę. Jasne, lubię dbać o wygląd, podobają mi się zadbani ludzie, cieszę się kiedy na moje konto wpływają pieniążki, ale wiem też, że nie jest to najważniejsze. I choć zabrzmi to cholernie sentymentalnie i pewnie trochę tandetnie, dla mnie ważne jest to, co człowiek kryje w swoim wnętrzu. Co myśli, co czuje, co przeżył i jak te przeżycia go ukształtowały. Uwielbiam poznawać innych, kawałek po kawałku budując sobie ich pełen obraz. I kształtując opinię. Dlatego też nienawidzę, kiedy ktoś przytwierdza komuś do czoła etykietki, kieruje się stereotypowym, jednotorowym myśleniem. Z autopsji wiem, że nic nie jest takie, jakim wydaje się być na początku.

Sama często musiałam radzić sobie z krzywdzącymi słowami, które ktoś wypowiadał bez zastanowienia. Ale już się tym nawet nie przejmuję, nie warto. Jeżeli ktoś ma Cię poznać to i tak to zrobi, a na tych, którzy myślą, że znają Cię po pierwszym rzucie oka nie warto nawet tracić czasu.

Kijem rzeki nie zawrócimy, a ze społeczeństwa buractwa nie uda nam się wyplenić w stu procentach. Lepiej patrzmy po prostu na siebie, abyśmy sami mieli czyste sumienia.

Człowiek jest zagadką, której nie da się rozwiązać w parę chwil. Na to potrzeba czasu. Ale bynajmniej nie jest to czas zmarnowany.

Dużo lepiej jest bowiem nie polecać książki, znając jej treść, następnym razem kupić mocniejszą wódkę i słodsze cukierki, aniżeli zawieść się na własnych oczekiwaniach.To samo jest z ludźmi. Trzeba poznać ich wnętrze, dopiero potem można wydawać jakiekolwiek opinie. Uwierzcie mi, że często można się bardzo pozytywnie zaskoczyć...

środa, 1 czerwca 2016

Tragedia ludzkiego życia

Moja historia jest historią każdego z Was. Zmieniają się tylko jej bohaterowie, zmienia się miejsce i czas akcji, zmienia się fabuła, ale schemat pozostaje ten sam. Jesteśmy bohaterami tragicznymi w dramacie pisanym przez Życie. Cokolwiek byśmy nie zrobili, jakiejkolwiek decyzji byśmy nie podjęli, nigdy nie będziemy w stu procentach zadowoleni. Bo można było bardziej, można było mocniej, można było inaczej. Lawina zdarzeń wywołana przez jeden nieostrożny ruch, za głośno wypowiedziane słowo, nieroztropnie wykonany krok. Zwala się nam na głowę, przygniatając nas całą swoją potęgą, siłą i mocą. Nie potrafimy się spod niej uwolnić, nie potrafimy zawołać o pomoc. Tkwimy w tym gównie i mamy pretensje. Przede wszystkim do siebie. Za to, że niepotrzebnie wychodziliśmy z domu, za to, że nie potrafiliśmy powiedzieć "stop", kiedy mieliśmy jeszcze szansę na ratunek. Za to, że skręciliśmy w niewłaściwą stronę. Że zamiast słuchać rozumu, postanowiliśmy zawierzyć sercu, które radośnie wskazywało nam szlak, którym powinniśmy kroczyć. I za to, że choć po drodze potykaliśmy się setki razy,  lepiej!,widzieliśmy nawet znaki ostrzegawcze, to i tak nie przemówiło nam to do rozumu. Bo uważaliśmy się za rasowych alpinistów. I nic nie było w stanie przekonać nas, że w rzeczywistości jesteśmy co najwyżej zwykłymi spacerowiczami.
Popełniamy błędy. Jak to mówił klasyk, jest to oczywista oczywistość. Ale nie warto obwiniać siebie za rzeczy, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Nie warto robić z siebie worka treningowego, czy kozła ofiarnego. Stało się i trudno. Trzeba z tym żyć, trzeba iść dalej. Zawsze można zmienić kierunek, poprosić kogoś, aby złapał nas za rękę. I ruszyć wspólnie. Wtedy łatwiej zauważyć niebezpieczeństwo. I łatwiej się z niego wydostać.

Jestem hipokrytką, bo sama często wyolbrzymiam pewne sytuacje. Dramatyzuję i histeryzuję. Kto mnie zna, te wie, że jestem nad wyraz ekspresywną osobą. A kto nie zna, ten zaraz pozna. Bo dla mnie nie ma granic, nie ma tematów tabu, nie ma frazy "nie wypada". Niczym Matka Teresa kocham wszystkich ludzi. Szybko wybaczam, szybko zapominam. Wszystkim, tylko nie sobie. Od siebie wymagam niemożliwego. Jak się wspinać, to od razu na najwyższą górę. Nie ma dla mnie półśrodków. Coś albo jest, albo tego cosia nie ma. Jestem niecierpliwa, a przez to również sfrustrowana. Bo gdy nie mogę czegoś zdobyć teraz, w tym momencie, jest to dla mnie równoznaczne z porażką.

Dlatego jestem dla siebie zła. Obwiniam się, przeklinam swoją głupotę, działam destruktywnie. Nie myślę o konsekwencjach. Liczy się chwila, która trwa. Przed nie było niczego, po też niczego nie będzie. Nie jestem przyzwyczajona do trwania. Raczej do ulotności. I przez to też działam impulsywnie. A konsekwencje bywają okropne w skutkach.

Za dużo mówię, za dużo myślę.

I jeśli macie mnie dość, zrozumiem. Nie będę zła. Czas sprawił, że powoli staję się obojętna. Obojętna na stratę, obojętna na istnienie, obojętna na przeszłość. Człowiek może przyzwyczaić się do wszystkiego. Najgorzej jeżeli przyzwyczai się do drugiego człowieka, a jego w końcu zabraknie. Dlatego ja mam swój prywatny pancerzyk ochronny. Przeźroczysty. Ale jakże wspaniale spełnia swoją rolę!

Niektórzy mówią, że wyglądam jakbym nic nie czuła. To tylko złudzenia. W rzeczywistości wszystko dotyka mnie tysiąc razy bardziej. Ale będę się śmiać, obracać to w żart, bo taki śmieszek ze mnie. Wszyscy się przyzwyczaili już do tej wersji mnie i trudno im wytłumaczyć, że to nie do końca prawda.

Nawet w sumie nie chciałabym tego tłumaczyć. Niech myślą o mnie co chcą. W końcu w towarzystwie lepiej się śmiać, płakać można w zaciszu swojego pokoju. Marnując wirtualny papier i walcząc zaciekle cały dzień z dużo bardziej rzeczywistym kacem.

To jest rzeczywistość. Tragedia. Komedia. Na zmianę. Sinusoida zdarzeń, wielka loteria przypadku. W tej loterii można wiele wygrać. Ważne aby nie poddawać się drobnymi porażkami. Bo może i przegramy raz, drugi, trzeci, ale za czwartym razem trafimy szóstkę. I wtedy zmienimy światopogląd.

Nic nie dzieje się bez przyczyny. Nic nie odejdzie bez echa. Dosłownie wszystko jest ze sobą powiązane. Jak podczas czytania dobrej książki, nie jesteśmy w stanie przewidzieć do czego to prowadzi.

A co to za radość od razu zaglądać na ostatnią stronę? ;)

piątek, 27 maja 2016

Living as a Snow Queen.

Drogi Nieznajomy,
Piszę do Ciebie, aby Ci powiedzieć, że nie miałeś racji. Potwory istnieją. Siedzą w mojej głowie i karmią się wszystkimi negatywnymi emocjami. Żywi ich moja niepewność, to, że gdy patrzę w Twoje oczy, nie mam zielonego pojęcia, co tak naprawdę o mnie myślisz. Żywi ich moje wahanie, ta przeklęta, niema spacja, która wisi między nami, kiedy ważę wypowiadane do Ciebie słowa. Żywi ich mój wstyd, kiedy wyciągam do Ciebie rękę, pragnąc Cię dotknąć, jednak rezygnując w ostatniej chwili. Szepczą mi do ucha, że nie powinnam, że to za szybko, że to niewłaściwy moment. Że się przestraszysz, że uciekniesz. Że postąpisz jak każdy przed Tobą i wszyscy po Tobie. Że znikniesz, kiedy zdążę się przyzwyczaić do Twojej obecności. Że zostanie po Tobie tylko cień, tylko wspomnienie, tylko kubek leżący w zlewie. A Ciebie nie będzie. Bynajmniej nie przy mnie.
Więc mimo że chcę Cię tu i teraz, że pragnę poczuć smak Twoich ust, zapach Twojej skóry, szorstkość zarostu, że chcę, aby Twój uśmiech był zarezerwowany tylko i wyłącznie dla mnie, nie pokażę Ci tego. Będę zgrywać zimną sukę. Postawię mur, który będzie mnie chronił. Chronił przed zranieniem, chronił przed uczuciem. Moje serce powoli zamienia się w bryłkę lodu i nic nie jestem na to w stanie poradzić. Przez całe życie byłam dla wszystkich dobra. Ale nikt nie był dobry dla mnie. Więc zrozumiałam, że żeby przeżyć trzeba mieć twardą dupę. I nie można za bardzo się starać. Bo wtedy wszystko się pierdoli.

Kiedyś żyłam marzeniami. Miałam cholernie wybujałą wyobraźnię. Teraz też czasem snuję historie, całkiem bezsensownie. Myślę o tym, jak byłoby nam dobrze, gdybyśmy byli razem. Gdybyśmy zdobyli się na ten krok i przełamali pewne bariery. Bo nie mogę być tylko Twoją dobrą znajomą. To mi nie wystarczy. Tylko nie wiem, jak Ci to okazać. I nie wiem, jak na to zareagujesz. 

Może wcale mnie nie lubisz? Albo Ci się nie podobam? Może chcesz być po prostu miły? Bo tak wypada, bo nie chcesz mnie zranić, bo starasz się, aby wszyscy wokół Ciebie byli zadowoleni. Nie martw się, rozumiem, sama kiedyś taka byłam. Ale tamte czasy to przeszłość. A w życiu nie warto oglądać się za siebie. Trzeba przeć do przodu. Mimo wszystko i przede wszystkim, nie cofać się, nie roztkliwiać. Nie mieć skrupułów. 

Dlatego nie powiem Ci jak bardzo mi na Tobie zależy. Nie powiem Ci, że mogłabym patrzeć godzinami na to, jak się śmiejesz. Nie powiem Ci jak bardzo pragnę abyś mnie po prostu przytulił. Wziął w ramiona i już nie puszczał. Szeptał mi do ucha, a cały świat przestałby istnieć. Zniszczył mój mur, którym tak starannie się obwarowałam. I rozgrzał moje serce. Tak, aby na nowo zaczęło bić mocniej.

Nie powiem Ci tego, a tym bardziej Ci tego nie pokażę. Może to błąd, nie wiem. Wiem jednak, że nie zniosę kolejnego odrzucenia, kolejnego "nie" w miejscu, gdzie powinno brzmieć "tak". 

I chociaż będę cierpieć, mając Cię na wyciągnięcie ręki, nie spróbuję Cię zagarnąć dla siebie. 

Może Cię kocham. Może zwyczajnie mi się wydaje.

Wiem, że nauczyłam radzić sobie sama. I nie jestem pewna, czy powinnam to zmieniać. 


piątek, 20 maja 2016

50 różnych twarzy

Śmiejesz się ze mnie, że zachowuję się jak dzieciak. Że jestem już dorosła, że powinnam być odpowiedzialna. Każesz mi być kobietą, kiedy ja nie czuję się jeszcze na to gotowa. Zatrzymałam się w czasie, w miejscu, które było dla mnie bezpieczne. Chcę płakać bez powodu i śmiać się bez przyczyny. Biegać boso po łąkach i zrywać kwiaty, tworząc najpiękniejsze bukiety. Nie chcę myśleć, boję się czuć, nie potrafię decydować. Chcę, aby wszystko było jak dawniej. Nie pasuję do Twojego świata. W sumie do swojego również nie. Nie jestem piranią, nie jestem suką, nie jestem drapieżnym wilkiem. Jestem zagrożonym gatunkiem: człowiek w całej swojej człowiekowatości. Z wadami i zaletami. Ze wszystkimi ułomnościami. Kocham i nienawidzę. Żyję, choć czasem chciałabym umrzeć. Ale staram się być tym, do kogo zawsze można się zwrócić. Staram się być opoką, ostoją, służę dobrą radą, ale przede wszystkim dobrym słowem. Jeśli Ci smutno, nie powiem, że będzie lepiej, bo wiem, że mogłabym skłamać. Zamiast tego przytulę Cię tak mocno, jak jeszcze nikt tego nie zrobił. Popatrzę na Ciebie tak, abyś wiedział, że ja będę zawsze. Nieważne co zrobisz, nieważne co powiesz. Nieważne jak cholernie mnie zranisz. Ja będę. Będę czuwać, trwać, myśleć i przyjadę do Ciebie, kiedy będziesz tego najbardziej potrzebował. Albo najmniej oczekiwał.
Nie, nie jestem dorosła. W żadnym stopniu. Boję się odpowiedzialności, boję się konsekwencji, boję się zaangażowania. Chciałam żyć stabilnie i bezpiecznie, bez większych wybryków, bez większych ekscesów. A Ty to wszystko rozpieprzyłeś. Zniszczyłeś mój światopogląd. Zniszczyłeś mnie. A nawet o tym nie wiesz. Siedzisz w mojej głowie mimo że kilka razy starałam się Cię z niej wyrzucić. Ale zadomowiłeś się na dobre. Tyle, że to nie Twoje jedyne mieszkanie. A ja nie przywykłam się dzielić.

Targają mną różne emocje. Chcę kląć, wyklinać, rzucać wszystkim, co tylko wpadnie mi w ręce, tylko po to, aby potem śmiać się na cały głos, żartować i parzyć najlepszą kawę na świecie. Potem chce mi się płakać. Ryczeć tak długo i mocno, aby susza nigdy więcej nie stanowiła zagrożenia na świecie. Fontanna łez, potem promienny uśmiech. Czy z tego nie powinno wyjść coś pięknego? Bo z deszczu i słońca na niebie wykwita tęcza. A z moich zmiennych nastrojów? Jak na razie nie wynikło nic dobrego.

Myślisz, że mnie znasz. Ale srogo się mylisz. Nikt nie zna mnie naprawdę. Ja sama mam problemy z odróżnieniem tego, co jest tylko fikcją, wyimaginowanym obrazem samej siebie. Mam 50 różnych twarzy, każda z nich wygląda autentycznie. Każda z nich JEST autentyczna. Na daną chwilę, na dany moment. Zmieniam maski tak często, że weszło mi to już w nawyk. Jestem tym już zmęczona, tak cholernie wykończona, że nawet sobie nie wyobrażasz. Chciałabym, aby ktoś mnie tego oduczył. Ale tym kimś z całą pewnością nie będziesz Ty.

Kocham. Nienawidzę. Nienawidzę. Kocham.

Chyba zwariowałam. 

Moje miejsce powinno być w zakładzie bez klamek. Może tam wreszcie odzyskałabym spokój ducha.

A co najważniejsze- nie zburzyłabym Twojego świata.

Bo na wolności tego Ci nie mogę obiecać. 

piątek, 13 maja 2016

Przyspieszony kurs dojrzewania

Kurwa. Dzisiaj to do mnie dotarło. W tym momencie, dokładnie w tej chwili. Wypieprzam z szafek wszelkie niepotrzebne już podręczniki i zeszyty, przypadkiem natrafiam na zdjęcie malutkiej i naburmuszonej wersji siebie i dochodzi do mnie, że jestem dorosła. Niepodważalnie i nieodwołalnie dorosła. Zostawiłam za sobą wszystko to, co znane, co bezpieczne i ruszyłam w podróż w świat, którego tak naprawdę nigdy nie miałam jeszcze okazji poznać. Nikt w szkole nie nauczył mnie, jakie podejmować decyzje, jak zachowywać się, kiedy grube ryby z korporacji chcą Cię w swojej firmie, jak targować się, żeby umowa spełniała najśmielsze oczekiwania. Nie. Mnie nauczono jedynie, że trzeba podporządkowywać się regułom i bzdurnym planom, szanować nauczycieli, nawet jeśli ich brak autorytetu wynika z braku kompetencji... Nijak to ma się do prawdziwego życia, które właśnie zaczynam. Dlatego błądzę niczym ślepiec, próbuję, dotykam, pytam. Liczę na swojego przewodnika. I ufam mu, bo inaczej pogrążyłabym się w całkowitej ciemności...
Myślę sobie o tych wszystkich latach. O tych wszystkich popełnionych błędach. O ludziach, którzy odeszli. I o tych, którzy niespodziewanie się pojawili. O wszelkich niewypowiedzianych słowach i niewyrażonych uczuciach. Siedzę na łóżku, na podłodze mam burdel, piękną kompozycję z kartek i karteczek, które jeszcze nie doczekały się sprzątnięcia. Siedzę, słucham jak pięknie Tom Odell śpiewa o gwiazdach i myślę. Myślę o życiu. O tym jakim paradoksem jest istnienie człowieka i co on tak naprawdę znaczy na tym świecie. Skoro żyje i przemija w oka mgnieniu. A nad nim świecą gwiazdy. Wieczne, te same. Obserwatorzy, którzy widzieli zbyt wiele. Bierni świadkowie, którzy nic nie potrafili zdziałać.

Siedzę, myślę, wspominam. I płaczę. Łzy lecą z moich oczu i nic nie jest w stanie ich powstrzymać. Jeszcze niedawno byłam tylko dzieckiem. Niewinną istotą, która cały czas prowadzona za rączkę, była w stanie wieść beztroskie życie. Marzyłam, że w przyszłości zostanę lekarzem, potem modelką, choć do modelowych wymiarów było mi daleko... Wierzyłam, że nic nie jest w stanie odebrać mi moich marzeń. Że wszystko jest możliwe, jeżeli się tego bardzo chce. Wierzyłam w to naiwnie, bo myślałam, że dorosłość jest jeszcze daleko przede mną.

Ale to nieprawda. Dorosłość jest tu i teraz. I w żadnym wypadku nie chodzi tu o wiek. Po prostu życie ostatnio niemalże bez ustanku wystawia mnie na próbę. Daje mi setki szans na zmianę obecnego stanu rzeczy i czeka co z tym zrobię. Pierwsza moja myśl? Ucieknę. Zostawię wszystko, rzucę to w pieruny i zwyczajnie tchórząc, wyjadę. Zbuduję wszystko od nowa, nie wracając ani nie oglądając się za siebie. Chciałam to zrobić. Aż w końcu stanęłam przed lustrem i stwierdziłam, że jestem głupia. Że muszę spróbować podołać wyzwaniom. Że muszę stanąć na nogi. I stać się kobietą. A nie dziewczynką. Bo ten etap już dawno mam za sobą.

Dlatego teraz przeszłam przyspieszony kurs dojrzewania. Raz po raz próbując rzeczy, które dotychczas były dla mnie czymś kompletnie nieznanym. Zaufałam losowi i temu, co dla mnie przyszykował.

Nie wiem co będzie jutro. Nie wiem co będzie za tydzień, za miesiąc, za rok. Wiem, co jest teraz. Życie jest piękne, właśnie dlatego, że niesie ze sobą tyle tajemnic. Odkrywając je powolutku, smakujemy je i rozkoszujemy się, w pełni oddając się przyjemności. To jest jak z pudełkiem czekoladek. Jedna, dwie, zjedzone w ciągu dnia, dodają mu słodyczy. Całe pakowanie przyprawia zwyczajnie o mdłości.

czwartek, 5 maja 2016

Matura to bzdura

Wiecie co cały czas chodzi mi po głowie? Paradoksalnie wcale nie matura, której to temat jest teraz bardzo na topie. Przewałkowany, rozebrany na części pierwsze, dokładnie zanalizowany i zinterpretowany przez Doskonałych Urzędników Rozbudowy Naszej Inteligencji (w skrócie DURNI). Nie, matura niemal prawie wcale mnie nie obchodzi. Ot, kolejny egzamin, który trzeba zdać. Zdecydowanie przereklamowany jest cały ten stres, całe to napięcie. O ile lepiej wyszlibyśmy w wynikach końcowych, gdyby nas tym tak bardzo całe życie nie straszono.
Matura to bzdura, to powie każdy, kto poczuł na karku jej ciężki oddech. Ale prawda, postarać się trzeba, dać z siebie wszystko, aby pokazać, że wcale nie jest się takim idiotą, za jakiego DURNI(e) cię uważają. Dobry wynik nie tylko otworzy wrota do dalszej edukacji (jakże to cudownie brzmi!), ale także będzie swoistym pstryczkiem w nos. Pokazaniem, że my, młodzież XXI wieku, wcale nie jesteśmy aż tak beznadziejni. Że mamy podstawowe umiejętności. Coś tam napiszemy, coś tam zaznaczymy, obliczymy deltę i dopiero po tym wszystkim zaczniemy uczyć się prawdziwego życia.

Bo prawdziwe życie zaczyna się dopiero wtedy, kiedy kończy się niemalże totalitarna władza systemu edukacji. Szkoła, niczym izolatka, skutecznie chroni nas przed rzeczywistością, nie ucząc niczego, co przydałoby nam się na co dzień. Żadnego myślenia, żadnych przydatnych, praktycznych umiejętności. Po prostu podporządkowanie się restrykcjom, trzymanie języka za zębami, bierność i bezmyślność- to towarzyszy nam niemalże od kołyski.

Ale przecież nie o tym miałam pisać! Dzisiejsza notka nie miała być o szkole, nie miała być o władzy totalitarnej, nie miała być wylewem żalu na system edukacji. Miałam pisać o człowieku, o miłości i jego wręcz sadystycznej potrzebie towarzystwa. Bo to właśnie zaprząta moje myśli. Jedna wielka, nie do końca jeszcze jasna... wizja? Pytania, które zostają bez odpowiedzi, a które przypominają o swojej egzystencji każdego dnia. Każdej pierdolonej nocy. Kiedy to nie można spokojnie zmrużyć oka, bo w twojej głowie odbywa się jedna wielka demonstracja.

Nie wiem dlaczego nie mogę przyjmować rzeczywistości takiej jaka jest. Bez zbędnej dociekliwości. Po prostu nie potrafię. Nie potrafię zrozumieć, więc pytam. Ale nie potrafię również odpowiedzieć. Więc piszę i wprawiam Was w pewnego rodzaju zakłopotanie. Bo skaczę z tematu na temat i trzeba mieć dobrą kondycję, aby za mną nadążyć.

Dlatego może trochę zwolnię i wytłumaczę, o co chodzi w moim dzisiejszym przemyśleniu. Ostatnio po prostu zaczęłam się zastanawiać, czemu człowiek aż tak bardzo garnie do drugiego człowieka? Dlaczego niektórzy są w stanie poświęcić się, nie mając z tego żadnej korzyści?  Dlaczego bezinteresownie zamieniamy kilka słów z sąsiadką, odwiedzamy babcię, która nas irytuje, ale jej tego nie okazujemy, bo byłoby jej przykro? Kłamiemy, aby kogoś nie urazić, podkolorowujemy, aby kogoś sobą zaciekawić. Wikłamy się w związki, zawieramy przyjaźnie, robimy wszystko, aby nas akceptowano...

Nie rozumiem tego. Dlaczego Werter, choć to sprawiało mu ogromne cierpienie, traktował Lottę niczym boginię? Pragnął jej dotyku, spijał z jej warg każde słowo i chwytał każdy uśmiech. Dlaczego uzależnił się od niej niczym od dobrego towaru? Ćpał ją, pogrążając się w bezkresnym świecie ułudy. Dlaczego nie potrafił sobie odpuścić? Uciec, zaszyć się gdzieś i... zapomnieć?

Powiem Wam. Bo życie bez innych ludzi, życie bez miłości, uczucia, akceptacji byłoby puste. Człowiek nienawidzi stagnacji, pragnie też czuć, że gdzieś pasuje. I że dla kogoś jest ważny. Miłość, jak każde inne głębsze uczucie, bywa zawodna. Czasem podstępna, czasem cholernie bolesna. Ale potrzebna...

Dlatego uważam, że warto kochać pomimo cierpienia*

*i taką też tezę postawiłam na podstawie z polskiego :D

niedziela, 1 maja 2016

Dobrze Ci radzę...


Nie patrz na mnie oczami pełnymi miłości. Nie patrz na mnie tak, jakbym była całym Twoim światem. Nie zakochuj się we mnie. Nie jestem odpowiednią osobą. Uwierz mi na słowo. Albo, jeśli wolisz, poczuj to na własnej skórze. Pamiętaj jednak, że ostrzegałam. I kiedy serce będzie Ci krwawić, albo wręcz poczujesz, że tego serca już dzięki mnie nie masz, będziesz mógł być zły jedynie na siebie.
Wiem jak to jest. Człowiek nie lubi robić tego, co mu radzi otoczenie. Zwykle myśli, że wszyscy chcą mu zrobić na złość. Ja chcę Cię jedynie chronić. Choć tak trudno to zrozumieć, myślę jedynie o Twoim dobru.

Myślę i mówię, ale przy okazji uśmiecham się do Ciebie jednym ze swoich najpiękniejszych uśmiechów, a Ty myślisz, że żartuję. Nie, to tylko moje usta nie współgrają z sumieniem. Z sumieniem, które powoli zatraca się gdzieś w Nicości.

Sumienia już nie ma. Liczy się tylko dobra zabawa. Liczę się ja i to, co jest tu i teraz. Nie obiecam Ci, że będzie to trwało wiecznie. Mimo wszystko nie lubię kłamać. Mimo wszystko wolę omijać prawdę, wolę milczeć niż wypuszczać z siebie coś splugawionego fałszem.

Dlatego nic już nie mówię. Jedynie tańczę. Tańczę, jakby jutra miało nie być, a gdy to robię, znikają resztki wątpliwości, resztki prób zachowania moralności. Tańczę, i wyglądam jakbym robiła to dla Ciebie. Albo dla Niego. Albo jeszcze dla Kogoś Innego.

Bawię się, bo wiem, że się nie zmienię. Jestem namomentalna, tużyjąca, bezsumieniowa, i nachwilowa. Jeśli zostaniesz przy mnie, to oszalejesz. Lecz w tym szaleństwie nie ma metody. Nie ma przyszłości. Nie ma nadziei. Nie ma planów, które można snuć wspólnie. Jest tylko wiara w to, że to wszystko to tylko ułuda, blef, maska. Ale ja od początku stawiałam sprawę jasno.

Czyż nie?

Nie zawsze taka byłam. Cyniczna. Ironiczna. Zimna. Kiedyś miałam uczucia. Wychodziłam z sercem na dłoni, a każdy brał co chciał. Dziobiąc je niczym sępy. Rwąc na kawałki. Depcząc, mieszając z ziemią.

Więc dorosłam. Nauczyłam się żyć w świecie pozbawionym zasad. W świecie, w którym ważne są pieniądze, przelotne znajomości i zabawa, która nie niesie ze sobą żadnych zobowiązań. Stałam się częścią tego chorego społeczeństwa.

Pożarta, zeżarta i przeżuta. Stłamszona i wypluta. Pozbawiona duszy. Pozbawiona serca. Pozbawiona sumienia.

Tak, jestem zimną suką. To przed takimi ostrzegała Cię mamusia. Nie powinieneś ze mną rozmawiać. Nie powinieneś się ze mną zadawać. A już tym bardziej mieć co do mnie jakieś poważniejsze plany.

Bo to że jestem, nie oznacza, że będę. Kiedyś odejdę, zniknę z Twojego życia. Bez pożegnania i bez słowa wyjaśnienia. Nagle po prostu wyparuję. I już mnie nie znajdziesz.

Dlatego dobrze Ci radzę. Nie szukaj mnie. Nie pamiętaj i nie wspominaj. Zwyczajnie o mnie zapomnij. Tak jakbym nigdy nie istniała.

Bo może nie istnieję. Może wcale mnie nie ma. Może to tylko iluzja.

A może jestem. Może żyję. Może teraz zawracam w głowie kolejnej ofierze.

Nigdy się tego nie dowiesz.

Dobrze ci radzę. Uciekaj póki to jeszcze możliwe.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...