piątek, 7 lipca 2017

Nowy rozdział

Kiedyś traktowałam przeszłość jako zamknięty rozdział, a przyszłość jako wybawienie. W całym tym galimatiasie zapominałam o tym, co się tak naprawdę liczy. Zapominałam o chwili, która trwała zbyt krótko. Zapominałam o ludziach, którzy odchodzili zbyt szybko. Zapominałam o wartościach, które powinny się naprawdę liczyć.
Prokrastynacja stała się moim drugim imieniem. Odkładałam wszystko na jutro, na za tydzień, na kolejny miesiąc. Chciałam zmian, a jednocześnie nie robiłam nic, aby te zmiany wcielić w życie. Jak tak teraz myślę, to chyba zwyczajnie się ich bałam. Niewiadomo czemu wolałam swoją rzeczywistość taką jaką jest, jakkolwiek beznadziejna by ona nie była. -Co u Ciebie?-A dziękuję, chujowo, ale stabilnie. To mnie zgubiło. Nie pozwalałam sobie na szczęście, takie prawdziwe, takie beztroskie, bo zachwiałoby ono ową stabilność. Trzeba by było przyzwyczaić się do życia z uśmiechem na twarzy. Do życia bez zbędnych problemów i głupich myśli na co dzień. A mi się zwyczajnie nie chciało. Bo to, bo tamto- wymówki wyrastały jak grzyby po deszczu. Każdego dnia znajdowałam jeden powód, dla którego powinnam wciąż zatracać się w działaniach, które nie wprowadzały nic dobrego. Ale były czymś co znałam. A znane równa się bezpieczne. Tyle, że w życiu trzeba czasem zaryzykować.

Więc zaryzykowałam. Nie dla siebie, dla kogoś.

Ruszyłam z miejsca. W końcu. Trochę na oślep, bo nie wiedziałam, w którą stronę powinnam ruszyć. Trochę niezdarnie, bo stojąc w jednym punkcie od dawna, chyba zapomniałam jak się chodzi. Ale ani powód, ani sposób nie są tak naprawdę ważne. Ważne jest to, że zaczęłam coś ze swoim życiem robić.

Poukładałam sobie trochę w głowie. Takie wiosenne porządki (to metafora- tak, wiem, że mamy już lato ;) ). Przejrzałam wszystkie pierdoły, które się w niej znajdowały i zajmowały miejsce i zwyczajnie wypieprzyłam wszystko, co niepotrzebne. Wyczyściłam tablicę, tak, aby móc zacząć od początku.

Wreszcie dałam sobie szansę.

I postaram się ją wykorzystać na całgo.

sobota, 27 maja 2017

Double binge

Umysł człowieka jest skomplikowany. Nierzadko sami nie wiemy co nami kieruje, nie potrafimy określić na czym nam zależy, czego chcemy i jak chcemy to osiągnąć. Ranimy tych, których kochamy, tylko dlatego, aby samym czuć się zranionymi. Doprowadzamy czasem do impasu, którego większość społeczeństwa nie jest w stanie zrozumieć. Pozwalamy komuś podejmować decyzję, jednak któregokolwiek wyjścia by nie wybrał, sprawia to, że jesteśmy niezadowoleni. Zmuszamy kogoś, aby zrobił jedno, ale jesteśmy niezadowoleni, że to zrobił. I co najgorsze, najbardziej bolesne dla obu stron, każemy spierdalać temu, na kim nam zależy, oczekując, że jednak zostanie. 


I może rzeczywiście jest na tyle silny, że będzie przy nas mimo naszych krzyków, zatrutych słów, raniących głęboko. Że będzie przy nas, obejmując nas swoim silnym ramieniem i nie pozwalając się wyrwać. Że będzie ocierał nam łzy z policzków, mimo że wrzeszczymy, że nie chcemy go nigdy więcej widzieć. Będzie przy nas, bo mu zależy. Ale nie będzie to tak wyglądało w nieskończoność. W końcu i tak się podda. Bo ileż można znosić aż tak wiele. Nawet największy, najsilniejszy człowiek w końcu się złamie. I odejdzie tam, gdzie będzie łatwiej. 

A my podświadomie właśnie po to to robimy. Nie przyznamy się przed sobą, nie przyznamy się przed nim, ale próbujemy doprowadzić do tego, że znowu zostaniemy sami. Bo bycie samemu jest prostsze. Nie trzeba myśleć o konsekwencjach swoich działań, nie trzeba się zastanawiać, poświęcać czas i wkładać w cholerę wysiłku, aby było dobrze. Można mieć po prostu wszystko w dupie. I żyć znowu tak jak kiedyś. Z dnia na dzień. Bez planowania i bez zobowiązań.

Zostaw mnie, ale mnie nie opuszczaj.

Jak tak sobie myślę to jest mi aż głupio za to, jak wielką egoistką jestem. Obiektywnie wiem, że potrafię swoimi działaniami skopać kogoś bardziej niż zawodowy bokser. Bo zadanie bólu psychicznego wymaga o wiele większej premedytacji. A ja ją mam. I nader często ją wykorzystuję. 

Nie wiem, kiedy czuję się lepiej. Ostatnio nigdy nie jest dobrze, a jedynie mniej lub bardziej źle. W mojej głowie znajduje się setka znaków zapytania.  O teraźniejszość, o przyszłość, o to, kim jestem i kim będę. 

Tyle razy ktoś się bawił mną, moimi uczuciami, że teraz boję się, że ja robię to samo. 

Jeżeli ktoś naprawdę będzie w stanie to znieść, to chapeau bas.

Tylko inna sprawa, czy zostanie to przeze mnie docenione...

czwartek, 18 maja 2017

Give me your hand

Emocje są czymś co odróżnia nas od maszyn. Kochamy i nienawidzimy, potrafimy płakać ze smutku, bić ze złości i skakać z radości. Tęsknimy za tymi, którzy są dla nas ważni, pamiętamy sytuacje, które coś w naszym życiu zmieniły, podejmujemy decyzje, które często mogłyby się wydawać nieracjonalne.
Podążamy za głosem serca. Kończymy jedno, aby mieć szansę zacząć coś innego. Upadamy, żeby wstać, wstajemy, by znów upaść. Nosimy ze sobą bagaż doświadczeń, który jest coraz cięższy i sprawia, że coraz trudniej jest nam tak lekko podchodzić do życia. Mamy ideały, które umierają, mamy marzenia, które zostają zniszczone przez brutalną rzeczywistość.

Czasem chcemy się poddać. Czasem chcemy przestać czuć. Zamknąć oczy, założyć słuchawki na uszy, położyć się w łóżku i już nie wstawać. Przestać myśleć, przestać się zastanawiać. Nie dopuszczać do siebie świata zewnętrznego, nie dopuszczać do siebie ludzi. Bo są oni wielką niewiadomą. Skoro nie potrafimy zrozumieć samych siebie, to jak mamy zrozumieć ich. Jak mamy im zaufać, skoro nie ufamy nawet własnym myślom. Jak mamy wierzyć, że będą na zawsze, skoro "zawsze" w dzisiejszym świecie jest tak cholernie krótkie i ulotne. Jak mamy ufać pięknym słowom, tak miłym dla ucha, a tak niebezpiecznym dla serca.

Boimy się zaangażować. Boimy się poświęcać. Nie chcemy znowu zostać na lodzie. Z zatartymi marzeniami, ze łzami w oczach i z jeszcze większą nieufnością w duszy.

Każda relacja coś wnosi, każda coś ze sobą również zabiera.

Zamiast w niej tkwić, dużo łatwiej uciec. Bo jeżeli nie mamy żadnych oczekiwań, nie legną one pewnego dnia w gruzach.

Tyle że to nie jest takie proste. Nie da się wyłączyć uczuć, nie da się po prostu zrezygnować z człowieczeństwa. Nie da się uciekać bez końca. Bo nawet najlepszego sportowca, w końcu złapie kolka, jeżeli będzie biegł bez żadnej przerwy. W końcu upadnie. W końcu stanie w miejscu. I nie będzie mógł się ruszyć ani kroku dalej.

Nie chcę już dalej biec. Chcę w końcu poczuć spokój ducha. Chcę się zatrzymać i żyć normalnie. Żyć z ludźmi, nie sama.

I choć jestem trudna, i choć moja głowa jest porąbana, i choć moje myśli nie dają mi spokoju, nie mogę przed tym wszystkim uciec.

Potrzebuję, aby ktoś podał mi rękę. I pokazał, że bieg to nie wszystko. Że ucieczka to nie jedyne wyjście. Że może być dobrze, a scenariusz nie zawsze musi kończyć się tak samo.

Chcę znowu uwierzyć. Chcę znowu poczuć się lekko. Przestać się bać. I z podniesioną głową zacząć kolejny rozdział w swoim życiu.

Zacząć rozdział, który na samym końcu będzie mógł zakończyć się słowami "Happy end". 

wtorek, 16 maja 2017

Fly high

Cytrynowy Zakątek zawsze odzwierciedlał mój nastrój, moje emocje, często bardzo intensywne i równie często bardzo sprzeczne. Wiem, że czasem trudno mnie zrozumieć, czasem trudno ze mną rozmawiać. Czasem zwyczajnie nie potrafię mówić o tym, co we mnie siedzi, bo nadmiar uczuć jest zbyt przytłaczający i zbyt trudny do ogarnięcia dla mnie samej.
Jednego dnia jestem szczęśliwa tak, że mam w dupie wszystkie problemy, które siedzą mi w głowie, drugiego zaś nie mam zupełnie siły, aby stawiać im czoła. Jestem niestabilna w tym co czuję i sprzeczna w tym co mówię. Pragnę rzeczy, które wzajemnie się wykluczają, marzę o tym, co należy już do przyszłości i nie potrafię otworzyć się całkowicie na nowości, które niesie ze sobą przyszłość. Pożądam stałości, ale jednocześnie obstaję przy tym, co znam.

Codziennie popełniam te same błędy, oczekując innych rezultatów.  Dorosłość mnie przytłacza, a z drugiej strony sprawia, że czuję się wreszcie wolna. Tylko ta wolność bywa złudna. Codziennie trzeba podejmować decyzje, jedne są łatwiejsze, drugie sprawiają o wiele więcej kłopotów. Trzeba zastanowić się na na czym nam tak naprawdę zależy. Kiedy powinniśmy myśleć o innych, a kiedy tylko i wyłącznie o sobie. Ustawiamy priorytety, budujemy hierarchię wartości, tylko po to, by zburzyć ją następnego dnia i zacząć wszystko od nowa.

Praca, szkoła, mieszkanie, relacje międzyludzkie. Gdzie tu znaleźć czas, aby pokontemplować sam na sam z sobą? Jak dotrzeć do tego, co jest naprawdę ważne, a co kompletnie nieistotne? Która z paskudnych myśli to tylko zakotwiczenie w przeszłości, a która ma podstawy w dniu dzisiejszym.?Jak coś zmienić, by w końcu było dobrze? Jak pożegnać pustkę, która przez tyle lat była naszym najlepszym przyjacielem?

Codziennie wiele pytań przechodzi mi przez głowę. Zastanawiam się, czy to, co robię jest dobre. Czy ludzie, których spotykam są moimi sprzymierzeńcami, czy kolejny raz powinnam im zaufać, czy jednak zachować odrobinę dystansu, żeby znowu się nie sparzyć. I nie zawieść. Bo nie wiem jak zniosę kolejny zawód.

Poza tym trochę boję się przyszłości. Bo żeby była kolorowa, najpierw kompletnie muszę odciąć się od tego, co już było. Od toksycznych relacji, które zabrały mi wiele, od przeżyć, których nie życzyłabym nikomu, smutku, który często tak bardzo dominował.

Ale jestem chyba na dobrej drodze. Coraz częściej potrafię doceniać to, co mam, zamiast tęsknić za tym, czego mi brakuje.

Bo nie powinniśmy przejmować się tym, na co nie mamy, bądź też nigdy nie mieliśmy wpływu.

Każdy z nas coś przeżył. Nie na każdego miało to może paraliżujący wpływ, ale jednostki wrażliwe już tak mają. Że biorą wszystko do siebie. Że przezywają wszystko z podwojoną siłą. Ale ważne jest to, żeby ze wszystkich traumatycznych doświadczeń, zrobić swoje atuty. Swój pancerz, który nas ochroni i swoje skrzydła, na których się wzniesiemy.

Bo tylko od nas zależy czy wpadniemy w dół, potykając się o własne nogi, czy wzlecimy tak wysoko, że inni będą mogli tylko nas podziwiać.

piątek, 14 kwietnia 2017

Spowiedź

Wszyscy ranimy ludzi. Czasem przez nieuwagę, dużo częściej z pełną świadomością i premedytacją. Lubimy myśleć o sobie jak o tych świętych, tych, którzy "nigdy by tak nie zrobili". Ale potem przychodzi rzeczywistość, przychodzą sytuacje, których byśmy się nie spodziewali. I ideały odchodzą w niepamięć. Liczymy się tylko my, liczy się tylko chwila, która trwa. Czasem zbyt krótko.
Jestem egoistką, wiem o tym. I czasem współczuję tym, którzy mnie kochają. Współczuję im, bo wiem, że kiedyś zniknę bez słowa. Że odwrócę się na pięcie i odejdę. Nie jestem stworzona do stałości. Nie jestem stworzona do wspólnego życia. Uciekam kiedy zaczyna się robić zbyt poważnie. Albo kiedy zaczynam czuć ograniczenia. Bo nie lubię ograniczeń. Chcę być wolna. Chcę się bawić. Chcę żyć. I to pełną parą.

Nie dotrzymuję obietnic. Nie dotrzymuję danego słowa. Gdybym była facetem miałabym pewnie opinię zimnego drania. Żyję z dnia na dzień, z godziny na godzinę, z minuty na minutę. Mój nastrój, moje przekonania zmieniają się jak w kalejdoskopie. Na nudę nie narzekam. Nie myślę o konsekwencjach. Dla mnie liczy się to co jest tu i teraz. 

Nie każdy to rozumie, nie każdy się na to zgadza. Można mnie obrażać, można mieć w dupie, ale ja i tak będę robić swoje.

W życiu zbyt wielu ludzi mnie skrzywdziło. Zbyt wielu mnie zawiodło. Zbyt wielu zabrało cząstki mnie. I to te najlepsze. I zostało tylko to, czym nigdy w życiu nie będę mogła się pochwalić.

Mam przyjaciół, których nigdy nie zawiodę. Bo jestem wbrew pozorom bardzo lojalna. Jak kocham to na maksa. Jestem w stanie poświecić wszystko. Ale niestety coraz rzadziej zdarza się, abym czuła cokolwiek.

Bez uczuć, bez marzeń, bez nadziei na zmianę.

Życie daje mi wiele, ale ja tego nie potrafię docenić. Chcę tylko więcej i więcej. Stale jestem nienasycona, stale szukam nowych wyzwań. Gdy coś przychodzi za łatwo, zbyt szybko się też nudzi. A ja nie znoszę nudy.

Myślę tylko o sobie, to prawda. Ale nauczyłam się, że nie warto mieć serca na dłoni. Nie warto ofiarowywać go każdemu napotkanemu człowiekowi. Bo większość z nich wykorzysta to w niecnych celach, zgniecie w dłoni i rzuci na podłogę.

Coraz mniej czuję, coraz więcej myślę. Rzeczywistość mnie przytłacza, a ja tęsknię za czasami kiedy byłam niewinną małą słodką dziewczynką. Dziewczynką, która cieszyła się małymi pierdołami. Śpiewem ptaków, promieniami słońca, zabawą z innymi dzieciakami. 

Teraz teoretycznie mam wszystko, o czym mogłabym tylko marzyć. A mimo to czuję niedosyt. Stale szukam kolejnych bodźców, które pozwoliłyby mi się oderwać od tego, co mnie otacza. 

Nie jestem dobrym człowiekiem, mimo że pewnie chciałabym tak o sobie myśleć. Tyle że wtedy to by była hipokryzja.

Cenię sobie szczerość. Wolę brudną prawdę od słodkiego kłamstwa. Tyle że sama jestem mistrzynią pięknych słów, które za sobą nie niosą niczego więcej.

Pojawiam się i znikam. Nie da się mnie zatrzymać. 

Jedynym wyjściem jest o mnie zapomnieć. Bo gdy zniknę, prawdopodobnie nigdy więcej już nie wrócę.

Mam burdel w głowie, zbyt wiele myśli kłębi się w niej od pewnego czasu. Czasem żałuję, że nie jestem na tym blogu totalnie anonimowa. Chciałabym się wyspowiadać dokładniej. Ale nie mogę. Więc więcej zatrzymam już dla siebie.

Bo w Internecie jak w sądzie: każde słowo może być wykorzystane przeciwko tobie.

środa, 5 kwietnia 2017

Just don't pretend

Wiecie co najbardziej sprawia mi ból jeśli chodzi o relacje z innymi ludźmi? Dwulicowość. Dużo mogę znieść. Rozumiem, że nie każdy musi mnie lubić, przyjmuję do wiadomości, że można mnie wręcz nienawidzić (chociaż z ręką nas sercu, nie sądzę, żebym na to zasługiwała). Ale nie mogę znieść faktu, że niektóre osoby niczym żmije, przybliżają się cichutko, bez słowa i gryzą w najmniej spodziewanym momencie. Zadają ból. Wpuszczają w ciało truciznę, która sprawia, że kolejne kawałki mojego "ja" umierają bezpowrotnie. 
Szczerość to podstawa. Najgorsza prawda jest lepsza od brudnego kłamstwa. Jasne, że słowa krytyki nie są łatwe do przyjęcia, ale jeżeli mają podstawy, naprawdę lepiej je usłyszeć niż dowiedzieć się, co mówi się o nas za plecami. Szepty, ukradkowe spojrzenia, czy anonimowe komentarze... Bezpodstawne plotki. Oceny ludzi, którzy tak naprawdę gówno o nas wiedzą. Ale sieją ferment. A to boli. Boli i sprawia, że chcemy się tłumaczyć. Że chcemy się czasem wycofać. Mimo że jesteśmy przekonani o swojej racji.

Ta dwulicowość ujawnia się na wielu płaszczyznach. Nieważne czy to chodzi o chłopaka, który mami słodkimi słówkami tylko po to, aby dostać to, czego chce. Czy chodzi o "kumpelę", która wygaduje o nas niestworzone historie, gdy tylko odwrócimy głowę. Czy też o członka rodziny, z którym nie łączy nas nic więcej poza więzami krwi, a który "wie o nas wszystko i pokaże jakimi beznadziejnymi osobami jesteśmy w rzeczywistości".

To wszystko sprowadza się do jednego. Każda z tych osób jest do cna przesiąknięta zawiścią. Niczym trucizna we krwi rozpowszechniła się ona po całym jej organizmie i szuka ujścia, a także okazji, aby zarazić inne, zwykle niewinne istoty.

Gdybym za każde złe słowo usłyszane o sobie dostawała piątaka... No, miałabym dobry bonus na koncie. Określano mnie już chyba każdym epitetem. I co z tego, że zwykle jeden wykluczał drugi. Z początku się przejmowałam. I to w cholerę. Każde słowo brałam do serca. I czułam jak się rozpadam. Jak w tym całym gąszczu plotek gubię prawdziwą siebie. Byłam słaba. Za wszelką cenę pragnęłam akceptacji. I upadałam, gdy nie umiałam jej uzyskać...

Ale teraz wzrosłam. Popełniłam parę błędów, ale nauczyłam się niczego nie żałować. Poznałam ludzi, którzy na mój czas nawet nie zasługiwali. Ale dojrzałam też tych dla których jestem coś warta. I to niemałe "coś". Mam wokół siebie swoich prawdziwych przyjaciół  Przyjaciół, którzy są dla mnie zrobić wszystko, Więc po co wracać myślami do tych, którzy widocznie mieli mnie głęboko w dupie?

Dorosłam. I choć bardzo boję się tego stwierdzenia, nie jestem w stanie tego procesu zatrzymać. I w sumie nawet bym nie chciała. Teraz nauczyłam się żyć, nauczyłam się decydować. O sobie i o ludziach, którym pozwolę, aby żyli razem ze mną. I nieważne są tu relacje, nieważne są tutaj więzi krwi. Czas się odciąć. I choć mała dziewczynka we mnie powstrzymuje płacz, dorosła "ja" już zdecydowała. Koniec toksycznych ludzi. Koniec toksycznych relacji. Czas zacząć nowy etap swojego życia, A nie ma w nim miejsca dla dwulicowości.

sobota, 25 marca 2017

Nothing to say

Nie mam weny. Nie będę udawać, że jest inaczej. Przez długi czas nie mogłam się przemóc, aby cokolwiek tutaj napisać. Aby się do Was odezwać. Chociaż wiem, że jako moi czytelnicy naprawdę na to zasługujecie. Zasługujecie na informacje, zasługujecie na nowe wpisy. Wiem też, że niektórzy mogą sobie myśleć, że się poddałam. Że nie mam już nic do powiedzenia. Że w moim życiu nastała stagnacja. Że przeżarła mnie "szara rzeczywistość". Nic bardziej mylnego! Dużo się dzieje, dużo więcej niż kiedykolwiek. Ale nie czułam jakiejś potrzeby, żeby się specjalnie uzewnętrzniać. Nauczyłam się więcej chwil przeżywać w sobie, nie dzielić się wszystkim ze światem. Bo świat bywa okrutny. A przynajmniej ludzie, którzy na nim żyją...
Kiedy byliśmy dziećmi wszystko było łatwiejsze. Żyliśmy sobie beztrosko, mieliśmy marzenia, byliśmy nieskażeni jeszcze jadem współczesnego świata. Wszystko było dla nas możliwe, nic nie było nieosiągalne. A potem nadszedł czas, w którym mimo że wciąż podchodziliśmy do zadań z pozytywnym nastawieniem, coraz częściej dostawaliśmy po łapach. 

Uśmiech i nadzieja zastępowany był grymasem smutku i poczuciem rozczarowania. I tak dorastaliśmy, a świat był coraz bardziej okrutny. Ludzie coraz bardziej fałszywi. A my coraz bardziej chcieliśmy stać się tacy jak oni. Nauczyliśmy się zakładać pancerz, nauczyliśmy się zakładać maski. Wszystko tylko, żeby się dopasować, wszystko, aby nie zostać zranionym. W obawie przed bólem i stratą, zadawaliśmy rany innym i zostawialiśmy ich, gdy zaczynało być ciężko. 

Niektórzy odeszli szybko, bez walki. Inni mimo wszystko zostali. O pierwszych nie warto myśleć, bo zwyczajnie nigdy na naszą uwagę nie zasługiwali. Drudzy zaś to nasi prawdziwi przyjaciele.

A przyjaciele są po to, żeby kochać nas wtedy, kiedy sami zapominamy o tym, jak to się robi...

Może i ostatnio nie mam weny. Może i moje marzenia prysły w styczności z realnym życiem. Może i czasem tęsknię za tym, aby znów być małym brzdącem. Ale czasu nie da się cofnąć, Można jedynie żyć tak, aby nie stracić już ani jednej chwili.

Tego Wam życzę Misiaki. Otwartości umysłu i szczerości serca. Kiedyś Wam to się zwróci. Z całą pewnością ;3

poniedziałek, 13 marca 2017

Szara rzeczywistość

Kiedy byłam młodsza marzyłam o samodzielnym dorosłym życiu. Wyobrażałam sobie jak to będzie cudownie wyprowadzić się z tego małego miasteczka, zamknąć potężny rozdział swojej niezbyt wesołej historii i zacząć wszystko od nowa. Nie widziałam żadnych negatywów, wszystko miało bardzo kolorowe barwy. Nowe miasto, nowe mieszkanie, nowi ludzie. Nikt mnie nie zna i to ode mnie zależy z jakiej strony się pokażę. Cieszyłam się na niezliczone imprezy, na chill i zabawy do białego rana. Nie sądziłam, że będę w ogóle tęsknić za przeszłością. A jednak...
Wcześniej wszystko było łatwiejsze. Nie doceniałam tego. Patrzyłam tylko na strony, których wręcz nienawidziłam.. Czułam się stale kontrolowana, ograniczana. Buntowałam się, sprawiając ból moim bliskim. Chciałam być dorosła, a zachowywałam się jak naburmuszone dziecko. Dlatego wyjazd na studia jawił się w moich oczach jako wybawienie. Chciałam uciec, zostawić wszystko w tyle... chciałam palić mosty, ale na moje szczęście były one zbudowane ze zbyt solidnego materiału...

Bo gdyby udało mi się zniszczyć całą przeszłość, nie miałabym dokąd wracać. A powroty to coś na co czekam teraz z utęsknieniem. Moje serduszko się raduje, gdy widzę uliczki, które tak dobrze znam. Którymi chodziłam niemal codziennie. I których wtedy nie znosiłam.

Chciałbym odpocząć. Chciałabym wyjechać i odciąć się od zgiełku wielkiego miasta. Zapomnieć o wszystkich pieprzonych problemach. I po prostu być. Posiedzieć z rodzinką przy jakichś głupich programach w telewizji. Pożartować z młodszym bratem. Spotkać się ze starymi znajomymi... a brakuje mi na to czasu. Przyjeżdżam na chwilę, a zaraz muszę wracać do tej szybkiej nowej rzeczywistości. Do trybu praca-uczelnia-jakaś impreza-sen. Do rzeczywistości, która wcale nie jest tak piękna, jak myślałam, że będzie. Ale to jedyna jaką teraz mam. I chyba muszę się do niej przyzwyczaić.

Dorosłość jest przereklamowana. Będąc na studiach błądzimy jak we mgle, miotając się od jednego "cudownego" pomysłu do drugiego. Ponosząc konsekwencje swoich niezbyt trafnych decyzji. Biorąc odpowiedzialność za to, co robimy.

Chciałabym choć na chwilę być znowu dzieckiem. Czystym, nieskażonym przez okropieństwo społeczeństwa, posiadającym marzenia i nadzieje. Zaczytującym się w niezliczonych książkach, mającym nieograniczoną wyobraźnię. Cieszącym się chwilą. I nie myślącym o tym "co będzie jeśli...?".  Z każdym problemem biegnącym do mamy. Bo przecież mama wie najlepiej. W końcu jest DOROSŁA. 

Kiedyś myślałam, że dorosłość równa się mądrości. Teraz widzę jak bardzo się myliłam. Im jestem starsza, tym wydaje mi się, że wiem mniej. Gubię się. Zbyt często nie mam odwagi robić tego, co rzeczywiście bym chciała. Podejmuję kiepskie decyzje. A potem brak mi sił, aby zmierzyć się twarzą w twarz z jej konsekwencjami...

niedziela, 5 marca 2017

Just be with me...

Samotność ma wiele definicji. Można być samotnym z wyboru, można być samotnym z przypadku. Można mieć wielu ludzi wokół siebie, a cały czas czuć się jakby wszystkiemu trzeba było stawiać czoła w pojedynkę. Można mieć tylko jedną osobę i być szczęśliwym, że ją się ma, że można na niej polegać, że jest się dla niej całym światem, a równie dobrze można się starać, a mimo to nie umieć zrozumieć, że ludziom na nas zależy. Być z nimi, ale nie czuć ich obecności. Stać gdzieś z boku. I nie chodzi tu tylko o fizyczny kontakt. Można oddalać się nawet psychicznie. Czuć, że jesteśmy sami. I żadne czyny, żadne słowa nie przekonają nas, że jest inaczej...
Tej samotności zazwyczaj towarzyszy strach. Strach, że w takim stanie będziemy już do końca. Że nikt po nas nie uroni nawet jednej łezki. Ba!, nikt nawet nie zauważy naszego odejścia. I choć w większości przypadków takie myśli daleko odbiegają od rzeczywistości, są na tyle uporczywe, że trudno się ich pozbyć. Jest to wręcz niemożliwe. Więc tkwimy w tym stanie poczucia bezsilności. Toniemy wręcz w przytłaczającym nas coraz bardziej z każdym dniem smutku.

Ludzie są egoistami. Taka już nasza natura. Uważamy, że mamy prawo zakończyć nasze cierpienie w każdej chwili. I nic nie obchodzi nas to wszystko, co zostawimy po sobie innym.

Bo nikt z nas nie jest samotną wyspą. Możemy tego nie widzieć, możemy tego nie dostrzegać, ale to, co się z nami dzieje obchodzi naprawdę wielu ludzi. Każdy z nas ma rodzinę, z którym łączą go więzi, mniej lub bardziej zażyłe. Każdy z nas ma znajomych, z których kilku z pewnością zasługuje na miano przyjaciół. Mamy swoich ukochanych, mamy swoje ukochane, dla których jesteśmy całym światem. I choć może nam jest ciężko zrozumieć to, że ich życie straciłoby bez nas sens, to tak jest. Nie możemy im tego zrobić... prawda?

Najgorsze jest jednak, gdy samotność niczym trucizna zatruwa nam całe serce, duszę i myśli... Kiedy strach przesłania nam nadzieję. Kiedy nawet czując napływ szczęścia, od razu szykujemy się na falę smutku. I nie potrafimy się cieszyć tym, co mamy, a myślimy tylko o tym, co nam zostanie, gdy wszystko co dobre już odejdzie...

Bo relacje z innymi ludźmi do najłatwiejszych nie należą. Nigdy nie możemy mieć pewności, że to, co mówią jest prawdą. Że to, co ma trwać wiecznie, nie skończy się w przyszłym tygodniu. Chcemy kochać, chcemy być kochani, ale jednocześnie otumania nas strach. Strach przed nieznanym. Przed tym co siedzi w drugiej osobie...

Nikt jeszcze nie nauczył się czytać w myślach. Ale to chyba dobrze. Nie chciałabym znać każdego jednego słowa, które siedzi komuś w głowie. Chciałabym jednak nauczyć się zaufania...Ktoś chyba musi mnie oswoić. Ale ten ktoś musi być w cholerę odpowiedzialny. Bo cytując Lisa w Małym Księciu: "decyzja oswojenia niesie ze sobą ryzyko łez". A ja nie chcę już więcej płakać.

środa, 22 lutego 2017

Dar czy przekleństwo?

Zabawne jak perspektywa zmienia się w zależności od tego co w danym momencie przeżywamy. Jednego dnia jesteśmy czegoś pewni, a drugiego dochodzimy do wniosku, że jednak warto postąpić inaczej. Uważamy, że mamy masę czasu do wykorzystania dopóki nie zacznie nam go brakować. Jesteśmy pewni, że niektórzy ludzie będą przy nas całe życie, dopóki nie poczujemy smaku ich odejścia. Zdrowie doceniamy kiedy ktoś nam zaczyna poważnie chorować. A pieniądze zyskują na wartości kiedy zaznamy czym jest bieda.
Świadomość tego, że nic w życiu nie jest pewne, nie jest łatwa do zniesienia. Ale ludzie nią obdarzeni są pod pewnym względem szczęściarzami. Mimo że może sami się za takich nie uważają, Marność nad marnościami i wszystko marność. Wszystko jest tak naprawdę złudzeniem. Kiedy, i jeśli w ogóle, to zrozumiemy, zaczniemy doceniać dopiero to, co się dzieje tu i teraz. Zaczniemy smakować chwile, bo będziemy wiedzieli, że nigdy już do nas nie wrócą. Zaczniemy doceniać bliskich, bo będziemy wiedzieć, że kiedyś może ich zabraknąć. Nie zmarnujemy ani minuty, bo w naszej głowie będzie czaił się stróż, który za każdym razem będzie nam przypominać o tym, że nie warto tracić czasu, bo czas to coś co z upływem lat ucieka tylko i wyłącznie coraz szybciej....

Nie są to wesołe przemyślenia, dlatego też napisałam, że ludzie świadomi za szczęśliwych wcale się uważać nie muszą. Często jest wręcz na odwrót. Nie doceniają oni daru, który otrzymali. Nazywają go przekleństwem i oddaliby go pierwszemu lepszemu chętnemu, gdyby to tylko było możliwe...

Też do nich należę, jeżeli mam być szczera. Uważam się, a raczej uważałam, za kogoś ze skazą. Za kogoś, kto na ramionach nosi ciężar całego świata. Kogoś komu całe życie rzucano kłody pod nogi. Byłam zła, nie rozumiałam dlaczego akurat ja muszę mieć tak ciężko. Dlaczego nie mogę po prostu przyjmować czegoś takim, jakie jest, tylko muszę to analizować, muszę to wszystko przepuszczać przez filtr niezbyt przyjemnych przemyśleń. W swoich oczach byłam wadliwym towarem... do czasu...

Wiecie co pomogło zrozumieć mi, że to, że czuję (czasem nawet za bardzo) wcale nie musi być moją kulą u nogi, a może tak naprawdę stać się pięknymi skrzydłami, które odpowiednio pielęgnowane rozwiną się i wzniosą mnie ponad miliony innych szarych nieczujących ludzi? Zwykła rozmowa ze współlokatorem. To on otworzył mi oczy na to, że to, co mam w sobie jest czymś wyjątkowym. I nie mogę tego zagłuszać. Nie mogę się tego wypierać. Życie naznaczyło mnie bliznami, ale zamiast płakać gdzieś w kącie, powinnam wypiąć pierś do przodu i z uniesionym czołem pokazać innym, że warto. Warto walczyć o siebie. Warto myśleć o tym, co dobre dla nas i dla innych. I nie rozpamiętywać przeszłości.

Przeszłość minęła. Przyszłość jeszcze nie nadeszła. To co się liczy to chwila obecna.

Nauczmy się ją doceniać. Zanim będzie za późno.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Kto powiedział, że życie ma być łatwe?

Każdy jest kowalem swojego losu. I nikt nie wmówi mi, że jest inaczej. Te wszystkie bzdury o bezwarunkowym determinizmie to po prostu bardzo zręczna wymówka i usprawiedliwienie swoich życiowych porażek. "Znowu się nie udało, ale to nie moja wina...", "Nic dziwnego, w końcu urodziłem się w takiej, a nie innej rodzinie", "Gdybym miał inny start, na pewno bym coś osiągnął, a tak...". Skończmy się tłumaczyć, skończmy szukać prostych rozwiązań. Stańmy twarzą w twarz ze swoimi decyzjami, weźmy w końcu odpowiedzialność za swoje czyny. Dorośnijmy. Bo całe życie dziećmi nie będziemy.
Każdy przeżył coś, co go w jakimś stopniu ukształtowało. Ale każdy również został wyposażony w wielkie pokłady siły, aby te, często nieprzyjemne zdarzenia, przekształcić w swoje mocne strony. Nie ma tak, że ktoś z góry jest skazany na porażkę. Że czyjeś życie jest lepsze, czyjeś gorsze. Na pewno jednym było i będzie łatwiej, innym cholernie trudno, ale wszystko sprowadza się tylko i wyłącznie do naszego samozaparcia. Bo nie musi być łatwo, aby było dobrze. Czasem trzeba zawalczyć. O siebie, o swoich bliskich, o swoją przyszłość. Nigdy nie po trupach, ale stale do przodu.

A to, że komuś się nie chciało, to, że zbyt łatwo zrezygnował z siebie, jest tylko i wyłącznie jego własną osobistą porażką. Bo zawsze można zrobić coś. Trzeba tylko chcieć zmiany i dążyć do niej, nie zgadzając się na ustępstwa.

Bycie Piotrusiem Panem może być przyjemne. Ale nie na dłuższą metę. Bo w końcu obudzimy się z ręką w nocniku. I będziemy żałować, że nie dorośliśmy wtedy, kiedy był na to czas.

Dorosłość nie jest łatwa. Wiąże się z odpowiedzialnością, wiąże się z ciężką pracą i jeszcze cięższymi decyzjami. Ale jeśli powiedziało się "A", trzeba również powiedzieć "B". Bo choć nie mamy wpływu na to, gdzie się urodziliśmy, kogo mieliśmy za rodziców, jak nas wychowano i czy dostawaliśmy to, czego potrzebowaliśmy, mamy wpływ na to jakimi dorosłymi zostaniemy. Możemy sprawić, że nasze dzieci nie będą musiały przeżywać tego samego, co i my...

Ale jeżeli nasze życie jest dla nas najważniejsze, jeżeli nie jesteśmy zdolni do poświęceń, nie jesteśmy zdolni do tego, żeby kochać kogoś bardziej niż samego siebie... to już nasz problem. Nie ma drogi bez wyjścia, nie ma sytuacji bez rozwiązania.

A do bardzo miłego Anonima, który ostatnio tak elokwentnie wypowiedział się pod postem o iluzji- zawiść proszę schować do piwnicy. Cytrynowy Zakątek to nie miejsce do wyżywania się za swoje niepowodzenia. Można krytykować to, co piszę, można się ze mną nie zgadzać, jest to wręcz pożądane, bo konstruktywna krytyka prowadzi jedynie do konstruktywnej dyskusji, ale nie życzę sobie, aby obrażano mnie jako osobę. Ten blog jest czymś w rodzaju pamiętnika. Otwieram się przed Wami, co więcej, pokazuję swoją twarz, więc moglibyście mieć choć odrobinę odwagi i przyzwoitości, aby robić to samo. Bo łatwo jest być anonimem w Internetowym świecie. Ale już trudniej jest tak naprawdę ukryć swoją tożsamość. Słowa zatrute jadem miały mnie zranić? Nie wyszło. Bo ja znam swoją wartość. Mam ludzi, którzy też ją znają. A życia nikomu nie zniszczyłam. Można mieć pretensje tylko i wyłącznie do siebie. Trzeba było dorosnąć. Albo przynajmniej mieć na tyle jaj, aby nie rozprzestrzeniać swoich genów dalej, jeżeli nie chcieliśmy, bądź też nie potrafiliśmy zachowywać się jak dorośli.

Miłego dnia wszystkim. Nawet tym, którzy na to nie zasługują. Bo ja, mimo młodego wieku, jestem dorosłą. I będę się tak zachowywać.

piątek, 3 lutego 2017

Bo do tanga trzeba dwojga...

Niebywale często bywa tak, że pragniemy tego, czego dostać nie możemy. Że kochamy ludzi, którzy mają nas co najwyżej w dupie. Że tęsknimy za wspólnymi chwilami, które w sumie nie były nawet tak piękne, jak to próbuje pokazać nam nasza pamieć. Bo ona bywa zawodna. Nasz umysł w dobrej wierze, aby sprawić nam przyjemność, coś podkoloruje, coś doda, wymaże to, co złe, a zacznie przypominać tylko to, co dobre. A my smucimy się bez powodu, nie potrafiąc otworzyć nowego rozdziału, bo wciąż tkwimy w tym, który już dawno pożegnał nas tym suchym wyrazem: "Koniec". 
Bo powiem Wam coś, co pewnie słyszeliście tysiące razy. Miłość to nie relacja jednostronna. Nie ma w niej "dawcy" i "biorcy", są tylko partnerzy, którzy powinni szanować siebie nawzajem. Gdy stara się tylko jedna ze stron, jest to najbardziej toksyczny związek, jaki można sobie wyobrazić. Bo ta druga, widząc, że może sobie pozwolić na wiele, wykorzystuje to. Z początku bada teren, szuka granic, a gdy ich nie znajduje, robi krok dalej... i jeszcze jeden... i kolejny... aż dostanie wszystko, czego tylko zapragnie. Zabierze czas, zabierze niewinną wiarę w wielkie uczucie, zabierze nam część naszego życia i naszej osobowości. A potem odejdzie. Nie pokazując nawet środkowego palca na pożegnanie.

Schemat ten jest cholernie powszechny i choć myślimy, że nas on nie dopadnie, musimy być ostrożni. Bo zwykle nie orientujemy się, że ktoś kogo darzymy uczuciem, wysysa z nas to, co najlepsze, nie dając nic w zamian... Budzimy się dopiero kiedy jest już za późno, zastanawiając się nad tym jak mogliśmy być tak naiwni, tak ślepi, tak zwyczajnie głupi... Wyrzucamy sobie od najgorszych, chociaż nie powinniśmy tego robić. To nie my spartoliliśmy sprawę. To nie nasza wina, że ktoś dostał od nas więcej, aniżeli na to zasługiwał. I że nie potrafił tego docenić.

Ale rozstania i złamane serca mają w sobie coś dobrego. To nie jest tak, że jedynie zadają nam ciosy, czy biorą od nas coś, czego już nigdy nie dostaniemy z powrotem.  One nas uczą. Czego?

Uczą nas, że musimy polegać na sobie, bo na tej drugiej stronie nie mogliśmy.

Uczą nas cierpliwości, bo wymagała ona od nas jej wielkich pokładów.

Uczą nas miłości pomimo wszystko, bo nie mieliśmy powodów by kochać za coś. 

Uczą nas odnosić zwycięstwa, bo nigdy o nas nie walczono.

Uczą nas kochać samego siebie, bo  tylko tak możemy się sobie odwdzięczyć.

Dzięki temu wszystkiemu, gdy spotkamy tę właściwą osobę, będziemy gotowi. Będziemy wiedzieć, że miłość to nie tylko motylki w brzuchu i różowe okulary. To także wszelkie doły i upadki, ale przeżywane wspólnie. To bycie ze sobą, kłócenie się, czasem rzucanie talerzami. To emocje, które wyrażane nawet gwałtownie, pokazują, że nam zależy. Że zależy nam obojgu.

Takiej relacji Wam życzę. Zdrowej, namiętnej i przede wszystkim- obustronnej.

wtorek, 31 stycznia 2017

Illusion

Dziwne jak człowiek może się zmienić w niedługim odstępie czasu. Patrzę na tę dziewczynę, którą byłam jeszcze parę miesięcy temu. Zagubioną, przerażoną, nieświadomą samej siebie, nieświadomą swojej kobiecości, nieświadomą tego kim jest i w jakim kierunku zmierza. Dążącą do ideału, a przez to niezauważającą jak jej nieidealność sprawia, że jest kimś wyjątkowym. Że każda blizna, każda skaza, każda rana składają się na jej obraz. Obraz piękny w swojej brzydocie i zarazem paskudny w swoim pięknie...
Wpadając ze skrajności w skrajność, błąkałam się między tym kim jestem, kim być powinnam, a kim tak naprawdę być chciałam. Trzy "ja" niezdolne do wspólnego istnienia. Reguły, normy, moralność kłócące się z chęcią zabawy, szaleństwa i zwykłego zapomnienia. Wyidealizowana karykatura człowieka, którym chciałam być spierająca się z normalnością osoby, która żyje naprawdę. Ten okres to był jedna wielka sinusoida. Od wielkich wybuchów radości, kiedy to endorfiny brały górę, aż do smutku tak głębokiego jak Dół Mariański, kiedy to szara rzeczywistość brała górę nad oczekiwaniami.

Zapominałam o tym, co ważne, biegając za tym, co nieistotne. Odrzucałam osoby, które były przy mnie cały czas, nie tylko wtedy, kiedy było dobrze. Odrzucałam je tylko po to, aby poniżać się przed innymi, którym nigdy tak naprawdę nie zależało. Które przez swój burdel w głowie wprowadziły również burdel do mojego życia. Zakręciły mi świat, obróciły go do góry nogami, uzależniły od siebie... a potem zniknęły. Odeszły bez słowa pożegnania. I choć na początku było cholernie trudno, teraz wiem, że ich odejście było najlepszym co mogły mi one zaoferować...

Zrobiłam sobie posiedzenie. Ja versus ja. Sama ze sobą musiałam przeprowadzić najpoważniejszą, a zarazem najtrudniejszą rozmowę w swoim życiu. Izolując się przez jakiś czas od toksyczności zewnętrznego świata, miałam chwilę, aby uporządkować swoje myślenie, sprecyzować swoje cele i określić to, na czym mi tak naprawdę zależy.

Bo choć dużo ostatnio przeżyłam, dużo złego doświadczyłam, dużej ilości niewłaściwych ludzi zaufałam i byłam już na krańcu, udało mi się wygrzebać. Przepaść pod moimi nogami wołała mnie cholernie głośno. Już prawie robiłam krok do przodu, już jedna z moich nóg wisiała w powietrzu. Przez chwilę chciałam oderwać i drugą. Zamknąć oczy, ścisnąć usta i skoczyć. Proste choć zarazem egoistyczne i dosyć tchórzliwe...W porę się jednak opamiętałam. I choć nikt nie złapał mnie za nadgarstek, nikt nie ścisnął mnie w pasie ciągnąc z powrotem do tyłu, nikt nie przemówił mi do rozumu, sama postanowiłam zawrócić. Bo czasem lepiej się cofnąć aniżeli bezmyślnie przeć jedną ścieżką przed siebie.

Dojrzałam w ekspresowym tempie. I stałam się w końcu swoją przyjaciółką, a nie największym wrogiem. Podałam sobie rękę na zgodę i stwierdziłam, że jednak warto walczyć. Zapomnieć o tym, co było, nie myśleć o tym, co będzie, a jedynie korzystać z tego co jest tu i teraz. Nie odkładać niczego na później. Nie jutro, nie za tydzień, tylko teraz. To teraz jest czas na zmiany i to od nas zależy w jaki sposób go wykorzystamy.

Życie jest kruche, chwile są ulotne, a relacje nietrwałe. Żeby osiągnąć spokój nie możemy opierać go na żadnym z tych niestabilnych fundamentów. Przyszłość budujemy w tej chwili, opierając się na sobie. Bo dopóki my istniejemy, istnieje nasz świat. I to o najlepszą wersję jego musimy zabiegać.

Nie bójmy się zrobić kroku naprzód, nawet wtedy, kiedy tym krokiem musimy zmienić niedawno obierany kurs. To, że wydawał nam się właściwy, nie oznacza, że nadal taki jest...

Walczmy o siebie! Cieszmy się tym, co mamy, a nie zadręczajmy tym, czego osiągnąć nie możemy. To czy jesteśmy szczęśliwi i czy czujemy się spełnieni zależy tylko i wyłącznie od nas.

Życzę Wam siły, Drodzy Cytrynomaniacy! Siły do pokonywania trudności, siły do odcinania toksycznych ludzi i siły do kochania siebie. Takimi jacy jesteście.

Bo jesteście wspaniali i z całą pewnością niepowtarzalni.

piątek, 13 stycznia 2017

Byle do przodu

Próbuję być silna. Podnoszę głowę do góry, na twarzy przywołuję uśmiech i żyję. Sama siebie przekonuję, że jest dobrze, chociaż wiem, że to perfidne kłamstwo. Najgorzej jest nocą, kiedy siedzę sama w ciemnościach, słucham muzyki i myślę. O tym co było, o tym kim byłam zanim moje życie obróciło się do góry nogami i o tym kim jestem teraz. Analizuję, rozkładam na części pierwsze, raz po raz zastanawiając się, w którym momencie wszystko się zepsuło.
W ciągu dnia jeszcze jakoś sobie radzę. Kiedy jest jasno rozsądek bierze górę nad uczuciami. Gdy zapada zmrok jest zupełnie na odwrót. Setki scenariuszy w mojej głowie, tysiące niewypowiedzianych słów, miliony sytuacji, które już nie wrócą. To wszystko się we mnie zbiera, to wszystko nie daje mi spokoju. I naprawdę, oddałabym wiele, aby mieć w pokoju myślodsiewnię... Naczynię, do którego wyrzucałabym wszelkie "śmieci", wszystko to, czego chciałabym się wyzbyć...

Niedobrze jest być zbyt wrażliwym. Uwierzcie mi na słowo. Posiadanie miękkiego serca wiąże się z koniecznością wyrobienia twardej dupy.

Błędne jest też założenie, że to jak będziemy traktować innych ludzi zwróci się nam z nawiązką. Czyli każdy negatywny czyn sprawi, że sami przeżyjemy coś okropnego, a każda dobra i bezinteresowna oznaka zainteresowania zacznie przyciągać do nas równie pozytywne osoby. Tak naprawdę jest zupełnie inaczej. XXI wiek to wiek sprzeczności. Tu osoby, które z zaciętym wyrazem twarzy, nie oglądając się na innych, prą do przodu, mają łatwiej. Tym zaś, którzy kochają... tym, którym zależy, los śmieje się w twarz. Każe otworzyć oczy, wylewając kubeł zimnej wody na ich pełne oczekiwań głowy.

Całe życie byłam za miękka. Stawiałam innych na pierwszym miejscu. Starałam się zaspokoić wszystkie oczekiwania, które mnie dotyczyły. Złe słowa brałam głęboko do siebie, uważając, że widocznie na nie zasłużyłam, że popełniłam gdzieś błąd... albo po prostu byłam beznadziejna. Pochwały, dowody uznania, gesty sympatii olewałam, myśląc, że to wszystko jest udawane... że to wszystko nie ma prawa bytu. Od dziecka czułam bowiem, że nie zasługuję na to, co dobre... sama siebie kamieniowałam, wymagałam niemożliwego i karałam się, kiedy nie byłam w stanie temu sprostać.

Potem coś we mnie drgnęło... Zaczęłam zauważać swoje sukcesy, przestałam zwracać aż tak wielką uwagę na swoje porażki. Zaczęłam być milsza... dla siebie, ale przede wszystkim dla otoczenia. Naiwnie wierzyłam w karmę. A ludzie to wykorzystywali.

Ale postanowiłam. Nie dam się więcej wykorzystać. Nie dam więcej wejść sobie na głowę. Nie pozwolę, aby ktoś wpływał na to, co myślę o sobie, żeby niszczył moją samoocenę, która wzrastała przecież tak powoli...

I choć jest ciężko to się nie poddam. Jestem silniejsza niż byłam kiedykolwiek. Nie dam się złamać.

Mam zamiar walczyć. Ze sobą przede wszystkim, ale również z fałszywymi osobami w moim życiu. Nie zasługują one na moje towarzystwo, a ja nie zasługuję na takie traktowanie.

Dlatego powiem au revoir wszystkim, dla których nie ma miejsca w moim życiu. Uniosę głowę jeszcze wyżej i pójdę przed siebie. Bo drogi są przede mną otwarte. Muszę tylko w to uwierzyć.

środa, 11 stycznia 2017

Dookoła własnej głowy

Powiem Wam, że czuję się jakbym przez ostatnie dni, może parę tygodni, dojrzała o kilka lat. Przyszłam przyśpieszony (i to jak!) kurs dorosłości. Tyle rzeczy się zmieniło, jedne straciły na wartości, inne na nowo zaczęły grać pierwsze skrzypce. Wreszcie zaczęłam rozmawiać sama ze sobą. Doceniać to kim jestem. Bo choć zabrzmi to nieskromnie, wiem, że nie jestem kimś zwyczajnym.
Ktoś kto mnie tworzył miał niezłą wyobraźnię. I chyba pokładał we mnie duże nadzieje. Albo po prostu był naćpany. Nie ważne jaki był jego zamysł, jakimi pobudkami się kierował, zaufał mi, dając wolną wolę... A ja się zwyczajnie pogubiłam. W wyborach, w decyzjach i w znajomościach... Za dużo myślałam o innych, za mało o sobie. O swojej przyszłości, o swoich planach, o swoich marzeniach... Zbyt szybko zaufałam, zbyt szybko chciałam dostać coś, co nie miało prawa tak naprawdę istnieć. I dobre duszyczki w moim życiu próbowały mi to uświadomić. Ale ja brnęłam dalej. Aż w końcu się kuźwa przejechałam. I choć na początku było ciężko, teraz naprawdę wstaję na nogi. Silniejsza, pewniejsza siebie i... piękniejsza? Bo jedno musicie wiedzieć- piękno to nie tak naprawdę nasza zewnętrzna powłoka, ale przede wszystkim nasze podejście do samego siebie.

Jak tak patrzę wstecz myślę sobie jaka byłam, kuźwa, głupia. Jaka byłam ślepa na bodźce, głucha na informacje i zwyczajnie naiwna. Wierzyłam w jakąś bajkę, gdzie księżniczki żyją ze swoimi rycerzami długo i szczęśliwie. Zapomniałam wziąć poprawkę na to, że życie wygląda zupełnie inaczej. Że w życiu rzadko kiedy są happy endy, a jeśli już to wtedy, kiedy się tego nie spodziewamy. I mimo że wszystko wokół mówiło mi "Zastopuj!", ja tylko zatykałam uszy, zamykałam oczy, zagryzałam język i brnęłam w to dalej.

Ale żebyście nie myśleli! To nie jest tak, że mam do siebie jakieś wyrzuty, że postąpiłam tak, a nie inaczej. Czasu nie da się cofnąć, a nie ma się też co błędami jakoś specjalnie katować...Każdy z nich do naszego życia coś wnosi. Każda znajomość, choćby niewiadomo jak toksyczna, jest w nim widoczne potrzebna. Czegoś nas uczy, przez jakiś czas może sprawiać, że czujemy się szczęśliwi, a później, gdy odchodzi, wzmacnia nas tak bardzo, że w inny sposób nie dałoby się tego zrobić. Jesteśmy ludźmi, upadamy, zawodzimy się na innych, a potem wstajemy, podnosimy się, otrzepujemy i idziemy dalej.

Bo trzeba być "twardym, nie miętkim". Ja już postanowiłam. Koniec z uległością, koniec ze staraniami, koniec z tą naiwną wiarą, że wszystko dobrze.

Czas się wziąć za siebie.

piątek, 6 stycznia 2017

Kim ja jestem?

Czasem czuję jakby siedziało we mnie kilka różnych osoby. Mam dwie twarze, dwie maski, dwa oblicza. Raz jestem słodziutką dziewczynką, z sercem na dłoni i uśmiechem na twarzy, a po chwili zamieniam się w zimną i wyrachowaną sukę. Jednego dnia oddałabym wszystko, aby nie musieć wychodzić z domu, móc zaszyć się w swojej fortecy, wziąć do ręki kubek z ciepłą herbatą i nie ruszać się z łóżka. Czytać, oglądać filmy, spać i marzyć. Marzyć o idealnym, poukładanym życiu, o przyszłości, która nie jest jedną wielką niewiadomą, o miłości, która nie rani i rodzinie, której czasem mi brakuje. Siedzieć bezruchu jak najdłużej i nawet nie otwierać ust. Nie spotykać się z nikim, nie rozmawiać, odizolować się od całego świata i skupić tylko i wyłącznie na sobie. Ale potem mi przechodzi. Wstępuje we mnie power, wstępuje we mnie jakaś nieograniczona energia i chęć do działania. Chcę się bawić, szaleć, pierdolić wszystko co powinna być ważne. I to robię. Nie myślę o konsekwencjach, nie myślę o jutrze i żyję chwilą. Bezmyślnie marnuję to, na co pracowałam, żegnam się z marzeniami o idealnej egzystencji i ruszam w miasto. Włącza mi się tryb "zabawa" i to sprawia, że wszystko inne przestaje się liczyć... Robię głupoty, za które płaci najczęściej ta moja druga ja. I za każdym razem obiecuję sobie, że to już ostatni raz, że wezmę się w garść, że muszę z tym skończyć...

A potem koło się zamyka.
Żyję według pewnego schematu, z którym nie mogę się rozstać.

Wszystko rozsypuje mi się, niczym domek z kart przy nieostrożnie dobranym ruchu ręki. Rozpryskuje się na kawałki jak nieopacznie szturchnięta szklanka. A ta druga ja żmudnie próbuje zebrać do kupy i posklejać, aby wyglądało tak jak wcześniej. Tyle, że za każdym razem jest trochę trudniej i za każdym razem zostaje więcej skaz, których nie da się niczym zatuszować...

Pogubiłam się, nie mogę znaleźć drogi. Potrzebowałabym chyba, aby ktoś mi ją oświetlił. Pokazał, w którą stronę mam zmierzać... I może dołączył się do podróży. Bo sama zbyt często się potykam o własne nogi. Chciałabym się móc na kimś oprzeć...

wtorek, 3 stycznia 2017

The same old me

Nie tak miał wyglądać nowy rok. Były żelazne postanowienia, były wielkie plany i jeszcze większe nadzieje. Miała być nowa ja. Miał być nowy rozdział w moim życiu. Miała być czysta karta i starannie dobrane pióro, którym pięknym pismem miałam ją powolutku zapełniać. Zamiast tego wyjęłam stary zeszyt i dosyć niechlujnie wymazałam pewne fragmenty. Większość jednak przebija. I przebijać będzie. Będę pisać starym czarnym długopisem, szybko i bez zbędnego starania, aby jakoś to wyglądało. To co było, jest i będzie. Plany odeszły w cholerę, nadzieje odfrunęły bezpowrotnie. Cząstka mnie zniknęła, zostawiając po sobie pustkę, której nie da się zapełnić...
Po raz kolejny dostałam kopniaka w dupę, po raz kolejny życie zechciało mnie czegoś w brutalny sposób nauczyć. Ale widocznie tak być musi. Widocznie ja jestem zbyt ślepa, aby delikatne sygnały dotarły do mojej świadomości. Ja potrzebuję porządnego ciosu, tego by ktoś mną potrząsnął, ktoś mnie obudził. Bo idealny świat, który sobie wymyśliłam, tak naprawdę nie istnieje...

Zrozumiałam, że nie da się tak po prostu odciąć od przeszłości. Nie da się wyrzucić z pamięci tego, co było. Nie da się powiedzieć "au revoir" swojemu jestestwu i obudzić się jako ktoś zupełnie inny.

Nie ma nowych początków. Nie ma nowych rozdziałów. Wszystko, co przeżyliśmy splata się w ciąg zdarzeń, które nas tak naprawdę definiują. Zdarzenia te mieszają się, przeplatają, dają o sobie znać w najmniej oczekiwanym momencie. Popełniamy błędy i będziemy je powielać, nie ma co się oszukiwać. Bo na tym to wszystko polega. Na upadkach i wstawaniu, na staczaniu się i odbijaniu od dna. Będziemy robić to w kółko, aż do zasranej śmierci. Bo niby mówi się, ze nie należy wchodzić do tej samej wody... ale co kiedy nurt wygląda tak cholernie kusząco?

Jesteśmy tylko ludźmi. I AŻ ludźmi. Jesteśmy idealni w swojej nieidealności, piękni w swojej brzydocie i kompletnie nie do pojęcia.

Każdy jest bohaterem swojej historii, pisanej raz po raz w starym zniszczonym notatniku.

Ten notatnik jest zniszczony jak my sami. Źli i popsuci żyjemy, niszcząc to, co powinno być najważniejsze i goniąc za tym, co tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia.

Błądzimy. Biegamy w ciemnościach po drodze gubiąc moralność, miłość, współczucie i motywację...

Powiem Wam wiec jedno. Czas zapalić światło. I pozbierać swoje zabawki.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...