czwartek, 12 października 2017

Where is she?

Cytrynowej Damy już nie ma. Zagubiła się, błądząc po meandrach dorosłego życia.  Zmuszana do podejmowania kolejnych decyzji tak naprawdę marzyła tylko o tym, aby ktoś to zrobił za nią. Żałując każdego słowa, każdego swojego czynu, każdego kroku, przestała wierzyć w to, że kiedykolwiek może stać się szczęśliwa. Wracała myślami do wszystkich tych poprzednich lat, do lat, kiedy to niczego nie musiała, a wszystko mogła. Do lat, kiedy była uśmiechniętą, rozpromienioną nastolatką z wielkimi ambicjami i marzeniami, które zgubiła niestety gdzieś po drodze.
Zastanawiało ją, w którym momencie nie tylko zatraciła swoje pozytywne nastawienie, swoje różowe okulary, którymi chciała się dzielić z całym światem, ale również i wszystko inne, co czyniło ją wyjątkową. Odcinając się od ludzi i wydarzeń z przeszłości, które zatrzymywały ją w miejscu, przez przypadek odcięła się również od tych, które przywoływały jej uśmiech na twarzy. Nie potrafiła odróżnić co było dobre, a co złe. I to, i to miało dla niej jedną jedyną barwę- szarość. A ona zamiast postarać się nauczyć na nowo odróżniać kolory, zwyczajnie wszystko ze swojego życia usunęła.

A teraz żałuje. Bo budowanie całego świata, zarówno tego, który nas otacza, jak również świata moralnego, wartości, które w życiu by nami kierowały, jest cholernie trudne.

Co prawda nie jest z tym zupełnie sama... Tyle, że myśli, które ma w głowie, były, są i będą tylko i wyłącznie z nią. A średnio sobie z nimi radzi.

Ale stara się. A dopóki to robi, jest na dobrej drodze. Bo można się poddać, popłakać, zamknąć w pokoju i zbudować sobie bastion z poduszek i kołderki, zamknąć oczy i udawać, że się nie istnieje. Ale można również, i to jest wskazane, stawić czoła temu, co nas tak bardzo przeraża. Spojrzeć w lustro, prosto w swoje oczy i uwierzyć. Uwierzyć, że nam się uda. Nie! Że MY damy radę, Bo samo nic się nie stanie, nic się również nie zmieni. Szczęściu trzeba pomóc. Czasem jest to żmudna droga, ale na jej końcu zrozumiemy, że było warto się męczyć. Dla nikogo innego, tylko dla siebie.

piątek, 11 sierpnia 2017

W poszukiwaniu smaków życia

Mówi się, że kiedy kobieta zmienia kolor włosów, zaczyna się dla niej nowa epoka. Coś w tym jest. Zmywając dzisiaj resztki farby, czułam jakby razem z nimi spłynęło wiele natrętnych myśli. Z przerażonego kocięcia stałam się dojrzałym kotem, który wie, co chce osiągnąć. Zamiast krzątać się chaotycznie od jednego pomysłu do drugiego, zrozumiałam, że w końcu trzeba podjąć jakąś decyzję. Zrobić jakiś krok, zamiast wciąż stać w miejscu. Bo człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego. I z tego przyzwyczajenia boi się zmienić czegokolwiek, żeby nie było gorzej.

Rzeczywistość chociaż jak najbardziej przykra, jest przynajmniej znana i stabilna. Wiemy czego możemy się spodziewać każdego kolejnego dnia i zatracamy się w tej stagnacji. Narzekamy na warunki, narzekamy na wszystko, co nas otacza, a jednocześnie kurczowo się tego trzymamy. Ale żeby wzlecieć wysoko, nie możemy wciąż przywiązywać się grubą liną do podłoża. Trzeba się odwiązać, zrzucić balast i pofrunąć w nieznane.
Strach jest nieodłącznym elementem poznawania wszystkich smaków życia. To jest jak z kuchnią. Można całe życie wpieprzać niedoprawiony ryż z jeszcze mniej doprawionym kurczakiem, co po pewnym czasie zaczyna być mdłe, niesmaczne i zwyczajnie nudne, a można, co jest wręcz wskazane, kombinować tak, aby dzień za dniem tworzyć z tych dwóch składników niesamowite dania.

Jeżeli nie zaryzykujemy, jeżeli nie zrobimy kroku naprzód, będziemy żyć w miarę spokojnie, ale nie dojdziemy do tego, co jest lub powinno być dla nas najważniejsze. Czasem jedna odważna decyzja, może sprawić, że świat nabierze kolorów, kształtów i odpowiednich konturów. Bo jeżeli nikt nam nie pokaże, sami sobie nie pokażemy, że czegoś nam brakuje, nie będziemy nawet wiedzieć, że może być milion razy lepiej. Jakbyśmy od urodzenia nie wiedzieli, że mamy wadę wzroku i nagle dostalibyśmy okulary. Wszystko nagle zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. Lepiej. Ostrzej. Wyraźniej.

Dlatego życzę wszystkim, Wam, moim czytelnikom i sobie samej, pisarce od siedmiu boleści, która zbytnio obija się z wrzucaniem postów, żebyśmy jednak ryzykowali. Żebyśmy próbowali nowych smaków, żeby wiedzieć, co nam pasuje, a co należy po pierwszym kęsie od razu wypluć do kosza i nigdy więcej nie brać do ust. Żebyśmy nosili okulary. Najlepiej różowe. I żeby cały czas stał przy nas ktoś, kto mimo że zadręczamy go milionem różnych pomysłów, zmieniając zdanie co minutę, będzie nas wspierał.

piątek, 7 lipca 2017

Nowy rozdział

Kiedyś traktowałam przeszłość jako zamknięty rozdział, a przyszłość jako wybawienie. W całym tym galimatiasie zapominałam o tym, co się tak naprawdę liczy. Zapominałam o chwili, która trwała zbyt krótko. Zapominałam o ludziach, którzy odchodzili zbyt szybko. Zapominałam o wartościach, które powinny się naprawdę liczyć.
Prokrastynacja stała się moim drugim imieniem. Odkładałam wszystko na jutro, na za tydzień, na kolejny miesiąc. Chciałam zmian, a jednocześnie nie robiłam nic, aby te zmiany wcielić w życie. Jak tak teraz myślę, to chyba zwyczajnie się ich bałam. Niewiadomo czemu wolałam swoją rzeczywistość taką jaką jest, jakkolwiek beznadziejna by ona nie była. -Co u Ciebie?-A dziękuję, chujowo, ale stabilnie. To mnie zgubiło. Nie pozwalałam sobie na szczęście, takie prawdziwe, takie beztroskie, bo zachwiałoby ono ową stabilność. Trzeba by było przyzwyczaić się do życia z uśmiechem na twarzy. Do życia bez zbędnych problemów i głupich myśli na co dzień. A mi się zwyczajnie nie chciało. Bo to, bo tamto- wymówki wyrastały jak grzyby po deszczu. Każdego dnia znajdowałam jeden powód, dla którego powinnam wciąż zatracać się w działaniach, które nie wprowadzały nic dobrego. Ale były czymś co znałam. A znane równa się bezpieczne. Tyle, że w życiu trzeba czasem zaryzykować.

Więc zaryzykowałam. Nie dla siebie, dla kogoś.

Ruszyłam z miejsca. W końcu. Trochę na oślep, bo nie wiedziałam, w którą stronę powinnam ruszyć. Trochę niezdarnie, bo stojąc w jednym punkcie od dawna, chyba zapomniałam jak się chodzi. Ale ani powód, ani sposób nie są tak naprawdę ważne. Ważne jest to, że zaczęłam coś ze swoim życiem robić.

Poukładałam sobie trochę w głowie. Takie wiosenne porządki (to metafora- tak, wiem, że mamy już lato ;) ). Przejrzałam wszystkie pierdoły, które się w niej znajdowały i zajmowały miejsce i zwyczajnie wypieprzyłam wszystko, co niepotrzebne. Wyczyściłam tablicę, tak, aby móc zacząć od początku.

Wreszcie dałam sobie szansę.

I postaram się ją wykorzystać na całgo.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...