wtorek, 29 grudnia 2015

Nowego, lepszego życia...

Nowy Rok to czas zmian. To czas postanowień, podejmowania decyzji, składania obietnic, zarówno wobec otoczenia, jak i również (a może przede wszystkim!) wobec siebie. Wchodzimy w nieznane, zostawiając za sobą wszelkie smutki i niepowodzenia i mamy w związku z tym niemałe oczekiwania. Chcemy być lepsi, bogatsi, piękniejsi, nierzadko szczuplejsi... Chcemy być szczęśliwsi. Przyrzekamy, że rzucimy palenie, ograniczymy alkohol, zaczniemy regularnie ćwiczyć, a wszelkie słodycze wyrzucimy do kosza. Zero jedzenia w fast foodach, zero nocnego podjadania. Wyjdziemy wreszcie do ludzi, otworzymy się, staniemy się super hiper popularni, piękni i w ogóle wspaniali. "Bo to przecież nowy rok, wszystko się zmieni..." Zmartwię Was. Dopóki sami nie podejmiemy żadnych kroków, nic samo nie przyjdzie, a to, co sobie założyliśmy w grudniu pozostanie jedynie mrzonkami.
Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego tak wielu z nas pozostaje jedynie przy słowach, nie wcielając ich zanadto w życie? Dlaczego nie potrafimy wytrwać w tym co sobie założyliśmy? Powodów jest kilka. Najważniejszym z nich jest z całą pewnością fakt, że nasza wyobraźnia nie ma granic i gdy się zanadto zagalopujemy, rzeczywistość za cholerę nie jest w stanie jej dogonić. W ferworze endorfin, nastawieni pozytywnie po świętach, widzimy siebie jak w przyszłym roku podbijamy świat. Nie możemy doczekać się tego, co nadejdzie, uśmiechamy się na samą myśl, wierząc w Nowy Rok, jak w jakąś relikwię. Jakby to była nasza zaczarowana lampa, z której wyskoczy dżin i pstrykając palcami, sprawi, że nasze życie zmieni się o 180 stopni.

Tak więc naiwnie wierzymy, że po pierwszym stycznia obudzimy się inni, zupełnie nowi, piękni i szczupli. Poderwiemy faceta przystojnego niczym George Clooney, który oszaleje na naszym punkcie i będzie spełniał nasze zachcianki. W pracy odkryjemy nową energię, awansujemy, wykażemy się kreatywnością, albo zwyczajnie znajdziemy coś o niebo lepszego. Na wakacje wyjedziemy na Teneryfę i ogólnie będziemy wieść życie niczym z bajki.

Widzimy to oczami wyobraźni i wręcz nie możemy się doczekać! A potem przychodzi rzeczywistość. Przez tydzień, dwa, jest pięknie. Zmieniamy dietę, zaczynamy o siebie bardziej dbać. A potem pojawiają się przeszkody. Okazuje się, że książę z bajki nie istnieje, dżin zrobił sobie urlop i wcale nie ma zamiaru zmieniać naszego życia, a w pracy awans dostaje znienawidzony oszołom z drugiego piętra. Wszystkie plany legły nam w gruzach, zdrowe jedzenie nie smakuje, po ćwiczeniach boli nas całe ciało i w ogóle wszystko jest nie tak jak być powinno. Dlatego rezygnujemy. I wszystko wraca do normy.
Co zrobić, aby w tym roku postanowienia nie śmiały nam się w twarz? Po pierwsze należy mierzyć siły na zamiary. Nie zakładajmy, że uda nam się schudnąć 20 kg w miesiąc, nie myślmy o podróży w tropiki, gdy już teraz wiemy, że budżet nam na to nie pozwoli, no i przede wszystkim nie wyobrażajmy sobie, że staniemy się zupełnie kimś innym. Postawmy sobie za cel być najlepszą wersją siebie. I róbmy wszystko aby rzeczywiście tak się stało.

Jak więc zacząć? Najlepiej na samym początku odpowiedzieć sobie na kluczowe pytania: Czym jest dla mnie szczęście? Czego mi w tym roku brakowało? Czego pragnę najbardziej? Kiedy poznamy odpowiedzi (które nierzadko będą zaskoczeniem dla nas samych!) możemy zacząć zastanawiać się, co jesteśmy w stanie zrobić, aby krok po kroku dojść do wymarzonego miejsca.
Powinniśmy stawiać sobie konkretne punkty, konkretne cele, a również i terminy na ich spełnienie i konsekwentnie się tego trzymać. Na przykład- ktoś z Was stwierdził, że najbardziej brakuje mu w tym roku miłości. Co może zrobić? Na pewno opuścić swoją bezpieczną twierdzę, swoje cztery ściany, ruszyć tyłek i poznawać nowych ludzi. Nikt pod samo okno na białym koniu nie przyjedzie. Nikt nie zauroczy się Tobą, jeśli nie będzie wiedział o Twoim istnieniu. Dlatego trzeba zacząć się pokazywać, pojawiać w miejscach, gdzie możliwość poznania kogoś jest największa. I czekać. Bo akurat w sprawie miłości nic nie powinno dziać się na siłę.

Okej, powiecie, że miłość to oklepany motyw. Powiedzmy, że pragniecie pieniędzy. Same z nieba Wam nie spadną. Musicie znaleźć sobie pracę. I choć może z początku nie do końca będzie Wam odpowiadała, nie rzucajcie jej dopóki nie znajdziecie czegoś innego. Bogactwa trzeba się dorobić. No chyba, że jesteście w czepku urodzeni to możecie stawić na totolotka. A nuż w nowym roku staniecie się nowymi milionerami? :)
Rozwiązań jest mnóstwo. Ile ludzi na świecie, tyle marzeń do spełnienia... Najważniejsza jest z całą pewnością konsekwencja. Ludzie, którzy łatwo się nie poddają, osiągają najwięcej. Powiem Wam z autopsji, że los wynagradza uparciuchów. Należy dążyć do celu, nawet jeśli droga okaże się kręta i w dodatku wiodąca pod górkę, a inni będą Wam rzucać kłody pod nogi i starać się wbić Was w ziemię. Nie zatrzymując się, mińcie ich z ogromnym uśmiechem na twarzy, przy okazji pokazując im parę niewybrednych gestów (możecie wystawić język lub pokazać środkowy paluszek, wybór należy do Was). To im będzie głupio, gdy zobaczą Was na szczycie. Gdy zrozumieją, że gdy oni byli zajęci umniejszaniem innym, Wy robiliście coś więcej. I gdy oni zostali bez niczego, bez nikogo, sami i nieszczęśliwi, Wy rozwinęliście skrzydła i nauczyliście się latać. Osiągając jeden cel, jeden szczyt, zrozumieliście, że z łatwością możecie osiągnąć również inne. Dzięki temu, że nie zawróciliście na tej trudnej drodze, nie poddaliście się, zostaliście zwycięzcami. A przecież kto nie lubi wygrywać? :)

niedziela, 20 grudnia 2015

Kim tak naprawdę jesteś?

Czasem zastanawiam się ile jest prawdziwej osoby w człowieku, którego dopiero co poznaję. Ile z tego, co mówi jest prawdą, ile zwykłym "urozmaiceniem rzeczywistości". Jak bardzo pokazuje mi siebie, albo wręcz przeciwnie, ucisza swoje wewnętrzne "ja", udając kogoś z kim na co dzień nie ma zbyt wiele wspólnego. Nie oszukujmy się. Wszyscy konfabulujemy, dodając jedynie odrobinę koloru do naszego życia. Kto chciałby słuchać o tym, jacy to jesteśmy biedni, nieszczęśliwi, zakompleksieni...? Lepiej przykleić do twarzy szeroki uśmiech, na nogi założyć wysokie szpilki, głowę unieść do góry i być swoją lepszą wersją siebie. Tyle że takie zachowanie nie sprawdza się na dłuższą metę... W końcu jak długo będziemy w stanie codziennie zakładać kilka warstw, kilka masek, pod którymi ukryjemy to, co chcemy ukryć? Wstawać rano i podczas porannego rytuału powoli pozbywać się siebie. Jest to z całą pewnością męczące i... smutne. Bo skoro sami nie lubimy tego, jacy jesteśmy, to jak możemy oczekiwać od innych, że zapałają do nas sympatią? Oczywiście, znajdziemy ludzi, którzy się z nami zaprzyjaźnią, może nawet zakochają, ale wciąż będziemy pytać w duszy: czy lubią nas czy raczej tę osobę, którą chcielibyśmy być. Zmartwię Was trochę. Jeżeli nigdy nie pokazaliście swojej prawdziwej twarzy, bez zbędnych upiększeń, nie ma opcji, aby relacja opierała się na właśnie na Was. 

Wszyscy jesteśmy aktorami. Gorszymi, lepszymi, bardziej lub mnie poświęcającymi się swojej roli. Niektórzy z nas potrafią oddzielić życie od sceny, zdejmując maskę w sytuacjach, w których nie jest ona wymagana, inni tak poświęcają się granej przez siebie roli, że zapominają kim byli na samym początku. Idealny jest tu cytat z wiersza Stachury: Życie to jest teatr, mówisz ciągle, opowiadasz;/Maski coraz inne, coraz mylne się nakłada;/Wszystko to zabawa, wszystko to jest jedna gra/ Przy otwartych i zamkniętych drzwiach./To jest gra."

Dlaczego to robimy? Dlaczego nie możemy po prostu być sobą? Pogodzić się ze świadomością, że i tak nie dogodzimy każdemu i nie starać się robić tego na siłę. Przebywać z ludźmi, którzy cenią nas za to kim jesteśmy, a nie wymagają od nas nieustannych zmian. Nie bać się wypowiedzieć swojego zdania, choćby 99% społeczeństwa miało by na nas spojrzeć wilkiem. Pamiętać, że zawsze znajdzie się jeszcze ten 1%, który będzie podzielał nasze spojrzenie na świat...

Nie chcemy jednak być mniejszością, którą utożsamiamy z byciem kimś gorszym. Nie chcemy być inni. Nie chcemy się wyróżniać w ten sposób. Pragniemy podziwu, poklasku, chcemy być idealni. A że media kreują wizerunek niemal nieosiągalny, jako ten, do którego powinniśmy dążyć, robimy wszystko, aby choć w małej części mu dorównać.

Jest to nasze złudne marzenie, aby być częścią "wielkiego świata". Nie chcemy wieść praworządnego, poukładanego życia. Nie chcemy być nudni, nie chcemy być gorsi.

Zauważyć to można chociażby na zwykłej imprezie w klubie. Wszyscy wypindrzeni od stóp do głów, "zrobieni", chcą się pokazać z jak najlepszej strony. Zapominają, że klub to nie tylko miejsce, w którym można poderwać księcia z bajki. To miejsce, w którym powinno się wyszaleć, wytańczyć, nabrać pozytywnej energii. A dziewczyny zamiast to robić, przejmują się tym, jak je postrzegają inni, dreptają gdzieś w kółeczku na niebotycznie wysokich obcasach i zapominają o uśmiechu, który jest największą ozdobą każdej kobiety. Mężczyźni zaś w swoich najlepszych koszulach chcą sprostać ideałowi macho. Banalny podryw, kilka drinków i... już? Szybko, łatwo i przyjemnie. Szkoda tylko, że następnego dnia okazuje się, że to wszystko było tylko złudzeniem, a dwoje ludzi, którzy w klubie bawili się niesamowicie, nie mają ze sobą nawet o czym pogadać, ba! czasem zdarza się, że męczeni wyrzutami sumienia, nie mogą nawet na siebie spojrzeć...
Noszenie masek jest w dzisiejszych czasach nieuniknione. Każdy to robi, niektóre sytuacje wręcz tego wymagają. Najważniejsze jest jednak to, aby nie zapomnieć kto kryje się pod tym całym przebraniem. Żeby otaczać się ludźmi, którzy znają to, kim jesteśmy naprawdę. Którzy nas lubią, którzy kochają. I chcą widzieć nasze naturalne, niepodrasowane oblicze.

Bądźmy sobą. Bo to sprawia, że jesteśmy jedyni w swoim rodzaju.

czwartek, 17 grudnia 2015

W oczekiwaniu na księcia z bajki

Ideały nie istnieją. Stwierdzenie to jest tak banalne, tak oczywiste, że bardzo często o nim zapominamy. Szukamy księcia z bajki, twierdząc, że nasze wymagania przecież wcale nie są aż tak wygórowane. Po prostu żaden z kandydatów nie okazał się być tym jedynym. Nie urzekł nas swoją osobowością, czy poczuciem humoru, a jeśli nawet, to był za niski, za gruby, za mało przystojny... no po prostu nie taki jak być powinien. "Zakochujemy się" w aktorach, modelach, a raczej w ich publicznym wizerunku, a pospolity Kowalski za żadne skarby, choćby nie wiadomo jak się starał, nie będzie w stanie im dorównać.

Z czego to wynika? Pamiętacie te wszystkie bajki, którymi karmiono nas w dzieciństwie? To one w dużej mierze miały wpływ na ukształtowanie się wizerunku miłości idealnej. To one zaszczepiły w nas swojego rodzaju wirusa, który może zainfekować całe nasze dorosłe życie. Wypaczona wizja świata, marzenie o mężczyźnie, który nie istnieje i który istnieć nie ma prawa, a także o wspólnej idealnej przyszłości może, wbrew pozorom, uczynić z nas najbardziej nieszczęśliwe księżniczki w całej historii. Księżniczki zamknięte w wysokiej wieży, niedostępne, nieosiągalne, a przede wszystkim... samotne.
 
 Mimo że większość z nas o tym wie, nadal obstaje przy swoim. W końcu bajki nauczyły nas przede wszystkim tego, że cierpliwość popłaca. Że nie trzeba nic robić, a prawdziwa miłość nas odnajdzie. Prawdziwa miłość, której wizualizacją jest przystojny mężczyzna, szarmancki, kulturalny, zafiksowany na naszym punkcie i spełniający każdą naszą zachciankę. Taki obraz niesie ze sobą duże oczekiwania. Po pierwsze sprawia, że "przeciętniacy" skreślani są przez nas od razu na starcie. Nie dajemy im szansy, aby pokazali nam swoje prawdziwe oblicze, widzimy tylko to, co powierzchowne. Odsyłamy ich z kwitkiem, zadzieramy nosa do góry, krzyżujemy ramiona na piersi i czekamy...

Ale, do cholery, jak długo można czekać?!

 Póki jesteśmy piękne i młode, wierzymy jeszcze, że przeżyjemy coś w rodzaju historii Kopciuszka, czy Śpiącej Królewny. Wraz z wiekiem te marzenia stają się jedynie złudzeniami, a my zaczynamy dostrzegać to, czego nie widziałyśmy, gdy był na to czas. Tego, że straciłyśmy wiele szans, żyjąc złudzeniem o idealnym życiu. I tego, że ten Tomek z naprzeciwka wcale nie był taki zły... A w sumie to nawet całkiem niezły. I plujemy sobie w brodę, że gdy zapraszał nas do kina, odrzuciłyśmy jego propozycję. Bo w końcu "zasługiwałyśmy na kogoś lepszego" niż taki zwyczajny chłopak z sąsiedztwa. A w konsekwencji zostałyśmy same.

Jest też inna sytuacja. Załóżmy, że na naszej drodze stanął ten, o którym śniłyśmy od dziecka. Zabójczo przystojny, zabójczo bogaty... Książę, jakie pozazdrościć by nam mogła każda z księżniczek Disneya. No ale on nie zwraca na nas uwagi... Może mieć każdą, nie musi podejmować żadnych starań, a wokół niego i tak kręcą się tłumy chętnych kandydatek na miejsce do współdziedziczenia tronu.

No ale powiedzmy, że jednak jego wzrok na dłużej zatrzymał się przy naszej osobie. Że wpadłyśmy mu w oko. Czy to czyni nas najszczęśliwszymi dziewczynami na świecie? Niestety, niekoniecznie. Przez pierwsze parę dni, tygodni, rzeczywiście może wydawać nam się, że żyjemy jak w bajce. Ale potem zaczynają ujawniać się mankamenty tej jakże idealnej relacji. Książę zdejmuje maskę szarmanckości, pokazuje prawdziwe oblicze i zdradza nas na prawo i lewo. W końcu taki towar jak on nie może się ograniczać. Byłaby to szkoda dla świata.
Dlatego błagam Was, dziewczyny! Zapomnijcie przez chwilę o wydumanym obrazie mężczyzny idealnego. Przestańcie biernie czekać. Zejdźcie ze swojej wieży, wyjdźcie do ludzi, poznajcie jak najwięcej różnych osobowości. Nauczycie się czego Wam potrzeba, na czym zależy Wam najbardziej.

Nie bójcie się próbować! Dajcie szansę tym, którzy na początku wydają się niepozorni. W końcu nikt nie każe Wam wychodzić od razu za mąż. A może akurat po paru spotkaniach okaże się, że świata poza sobą nie widzicie?

Eksperymentujcie, próbujcie, wymagajcie od siebie, wymagajcie od innych, ale na jakimś racjonalnym poziomie. Popatrzcie czasem z pewną dozą realizmu. Marzcie, bo marzenia są dla ludzi, ale nie pozwólcie by ten wymarzony obraz przesłonił Wam rzeczywistość i żeby najlepsze lata Waszego życia przemknęły Wam przez palce.

Bo czasami od księcia z bajki, lepsza jest żaba z charakterem... :)


czwartek, 10 grudnia 2015

Czy to już miłość, czy jeszcze pożądanie?

Często miłość mylona jest z pożądaniem. Mówimy "kocham go", "jest wspaniały", "perfekcyjny", wychwalamy swojego wybranka pod niebiosa, śpiewamy nad nim peany, chociaż znamy się niedługo, a czasem bywa, że nawet wcale. Nic o nim nie wiemy, o tym, co lubi, czego nie, jaką miał przeszłość, czy jakie są jego plany na przyszłość. Czasem nie znamy nawet jego imienia, ale pod wpływem pewnego uroku, który rzucił na nas podczas mijania się na ulicy, nie możemy przestać o nim myśleć. Widzimy go, wizualizujemy w swojej wyobraźni i dopowiadamy to, co niewiadome. No bo jak ktoś o tak pięknych oczach, może być sadystycznym dupkiem? Przecież to pod żadnym pozorem ze sobą nie współgra! W naszych myślach jest chodzącym ideałem, którego pragniemy, pragniemy, pragniemy... ale uwierzcie mi, na pewno nie kochamy.
Jak wiec nie pogubić się w świecie opanowanym przez żądzę i namiętność, opanowanym przez seks, zdeterminowanym przez pożądanie? Czy możliwa jest jeszcze prawdziwa czysta miłość, stan uniesień duszy i szczęśliwości serca? Stan, w którym chcemy poznać każdy zakamarek naszego partnera, nie tylko ten fizyczny, a także, a może przede wszystkim, psychiczny. Kiedy drżymy na myśl o rozmowie, kiedy nie możemy doczekać się spotkania, aby spojrzeć sobie głęboko w oczy i po prostu przy sobie być? Bez pośpiechu, bez wygórowanych oczekiwań i narzuconych przez media obrazów idealnego związku?

Ależ oczywiście. Trzeba poznać tylko kilka podstawowych zasad jak odróżnić pragnienie od prawdziwego uczucia.

1. Grecki ideał
 Pożądanie sprawia, że widzimy naszego wybranka w najkorzystniejszym świetle. Bez skaz, bez braków, bez wad. Jesteśmy w stanie wpatrywać się w niego godzinami niczym Pigmalion w rzeźbę Galatei, czy Izabela Łęcka w posążek Appolina. Cieszymy się, gdy możemy się z naszym ideałem pokazać,pochwalić koleżankom, wyjść na imprezę. Czasami nas denerwuje, ale przecież jego wygląd to wszystko wynagradza...

Miłość pojawia się wtedy, gdy naszemu greckiemu bogowi, nieopatrzny kustosz oderwie rękę. A my nadal będziemy chcieli z nim być. Perfekcyjnie nieperfekcyjny, ludzki, prawdziwy... Po prostu nasz. Na dobre i na złe.

2. Bycie sobą
 Pożądając kogoś, nie chcemy stracić relacji. Dlatego zgadzamy się na wszystko, potakujemy, mimo że w głębi duszy nie zgadzamy się z pewnymi kwestiami. Nie chcemy jednak przedwcześnie naszego wybranka do siebie zrazić. W końcu kiedyś dojdziemy do tego, że niekoniecznie miał rację, czyż nie? No właśnie nie do końca...

Miłość to możliwość bycia sobą. Wyrażania opinii, nawet jeśli różniłaby się całkowicie z opinią partnera. To umiejętność dyskusji, bez zbyt napastliwego narzucania swojej racji.

3. Cisza
Cisza z osobą, którą jedynie pożądamy bywa niezręczna. Żadna ze stron nie czuje się komfortowo, próbuje nadrabiać na siłę, wymyśla tematy, aby tylko rozmowa nie utknęła w martwym punkcie.

W prawdziwym związku cisza jest pożądana. Czasem dobrze jest pomyśleć. To wcale nie znaczy, że nie ma się nic do powiedzenia, wręcz przeciwnie... ale ma się też świadomość, że można o tym porozmawiać jutro... albo pojutrze... albo za tydzień.

4. Trwałość
 Przy osobie pożądanej nie zastanawiamy się, co będzie dalej. Żyjemy z dnia na dzień, ciesząc się każdą chwilą, każdą randką, bez wyobrażenia tego, co będzie za parę miesięcy. Czy nadal będziecie razem? Czy pojawi się nowy, lepszy model na horyzoncie?


Przy osobie, która darzymy prawdziwym uczuciem, zaczynamy planować. Pojawia się ten błogi stan świadomości i bezpieczeństwa. Wiemy, że jest i wiemy, że będzie...

5. Poznanie
O osobie, którą tylko i wyłącznie pożądamy nie wiemy za wiele. Znamy jej ulubiony kolor, wiemy, jaką kuchnię lubi i mamy świadomość, że podobamy się jej w czerwonych szpilkach. I tyle. W sumie wystarczająco...

Kochając, interesujemy się drugą osobą. Chcemy poznać każdy jej szczegół, usłyszeć każdą historię. Dopytujemy i słuchamy. Obserwujemy. I zapamiętujemy.

6. Swoboda
Kiedy kogoś pragniemy, chcemy, aby pragnął nas tak samo mocno. Staramy się, ubieramy w najlepsze ciuchy, w klubach tańczymy tylko na wysokich obcasach (bo to go kręci) i mamy gdzieś, że jest to dla nas niewygodne. Nasz obiekt pożądania woli blondynki? Zafarbujemy się dla niego. Mimo że nigdy wcześniej nie pomyślałybyśmy o tak radykalnej zmianie...

Kiedy kogoś kochamy, czujemy się swobodnie. Nie wstydzimy się pokazać bez makijażu, czy w domowym dresie, z nieułożonymi włosami czy nieumalowanymi paznokciami. Do nocnego wypadu w klubie założymy wygodniejsze buty, a nasz partner to zrozumie.
***
Oczywiście są na świecie typy ludzi, którym pożądanie w zupełności wystarcza. Nie przeszkadza im "bycie" z partnerem tylko ze względów fizycznych. "Kochają" go za wygląd, za popularność i są szczęśliwi. Nie mówię, że to źle. Każdy powinien dążyć do swojego szczęścia i nie patrzeć na innych. Jeżeli fizyczność w zupełności nas zaspokaja, to czemu by do niej nie dążyć? W końcu nikt nie przeżyje naszego życia za nas. Mamy prawno do własnych decyzji, do własnych błędów i sukcesów. Nikt nam tego nie odbiera. Zwłaszcza w tak osobistej i ważnej sprawie, jaką jest miłość.
 

Każda z odmian miłości.

wtorek, 1 grudnia 2015

Live your dream...

Gdy byliśmy mali, lubiliśmy marzyć. Wyobrażaliśmy sobie własne życie jako jedną wielką przygodę. Świat był dla nas ogromną zagadką, dostrzegaliśmy jego wielkość, ale nie przeszkadzała nam ona w snuciu śmiałych planów. Nic nie było dla nas zbyt odległe, nic zbyt nieosiągalne... Wydawało nam się, że możemy mieć wszystko. I że możemy być kim tylko zechcemy. I wiecie co? Mieliśmy rację. Paradoksalnie to właśnie jako dzieci dostrzegaliśmy jedną z najważniejszych życiowych zasad. Byliśmy bogaci, nie posiadając ani grosza. Ale mieliśmy marzenia. To one sprawiały, że świat stał przed nami otworem i tylko czekał, w którą stronę pójdziemy...
 
Większość z nas, niestety, obrała niewłaściwy kierunek. Mierząc się z brutalnością dorosłego świata, poczuło rozczarowanie. I zamiast walczyć, walczyć o siebie, o swoje życie, o swoją przyszłość, poddało się. Zapomniało, że tak naprawdę to sami tylko stoją  sobie na przeszkodzie do spełnienia swoich marzeń, winą obarczając swoje jakże nieidealne życie.

Przyglądając się współczesnemu światu, większość może stwierdzić, że marzenia są dla frajerów. Wszyscy pędzą na złamanie karku, nie oglądając się za siebie. Kto w dzisiejszych czasach miałby czas na jakieś głębokie refleksje? Liczy się tylko to co tu i teraz. Seks, pieniądze, używki... Niczego więcej do szczęścia nie potrzeba. Ludzie żyją z dnia na dzień, nie zastanawiając się nad tym co będzie jutro. Uciekają w rzeczywistość, która tak naprawdę nie istnieje. Tworzą swój wirtualny obraz. W Internecie dzielą się swoimi wyretuszowanymi zdjęciami, na imprezach stają się nagle duszami towarzystwa, jednego dnia zawierają przygodne znajomości, aby następnego o nich zapomnieć. Nie liczą się uczucia, ważniejsza jest cielesność, to, co można dostać łatwo i szybko. Bo po co się starać? Po co próbować? W końcu życie tyle razy dało nam po dupie, że nauczyliśmy się, że nie warto marzyć. To niesie ze sobą tylko rozczarowanie. I ból. A my musimy być twardzi.

Rysiek Riedel powiedział kiedyś słowa: Przestałem marzyć. Jak człowiek nie marzy – umiera. Każdego dnia jesteśmy świadkami śmierci kolejnych ludzi. Ludzi, którzy nawet nie wiedzą, że umarli. Wręcz przeciwnie. Wydaje im się, że żyją pełnią życia. Mają przecież wszystko: urodę, pieniądze, znajomości. Nie muszą nic robić. Nie muszą niczego pragnąć. Dostają to, czego chcą. Ale w pewnej chwili uświadamiają sobie, że ich życie jest puste... Pozbawione celu, marzeń, pozbawione prawdziwego szczęścia... 
Na szczęście nie wszyscy wyzbyli się tego, co w nich najlepsze. Są jeszcze na tym świecie ludzie, którzy potrafią marzyć. Co więcej, potrafią te marzenia wcielić w życie. Z przysłowiowego pucybuta stają się milionerami. I nie chodzi tu tylko o pieniądze. Można odnieść to do każdego aspektu życia. Nie mając NIC, doszli do CZEGOŚ. I Ty też możesz!

Jak to zrobić? Po pierwsze musisz poznać, czego tak naprawdę pragniesz. Znajdź chwilę, usiądź spokojnie, zamknij oczy i wyobraź sobie, że wszystko o czym pomyślisz, jest dostępne. Nie wahaj się. Nie pozwalaj dochodzić do głosu zdrowemu rozsądkowi. Ucisz go i wsłuchaj się w głos serca. Sporządź listę. Na papierze, czy też w głowie, pozwoli Ci na realizowanie celu krok po kroku.

Pamiętaj, nie znając swoich pragnień, nigdy ich nie zaspokoisz!

Po drugie, musisz uświadomić sobie, że zasługujesz na to, aby osiągnąć sukces. To jest właśnie ta tajemnica. Ci którzy wierzą, potrafią z sukcesem dążyć do celu. Inni poddają się za szybko i sami skazują się na porażkę.

Nie myśl, że tylko wybrańcy zasługują na szczęście. Przestań widzieć siebie jako kogoś pokrzywdzonego przez życie. Nie masz finansów, jesteś za brzydki, za gruby... to tylko wymówki! Odpowiednio czegoś pragnąc, podejmując właściwe kroki, pozwalając, aby dosięgnęło Cię szczęście, w końcu osiągniesz to, co sobie zamierzyłeś. Może zająć to mniej lub więcej czasu, może spełnić się w stu procentach, albo w jakiejś części, ale coś wydarzy się na pewno! Bo o to chodzi w marzeniach. Nie zawsze dostaniesz dokładnie to, o czym pomyślałeś. Ale często okazuje się potem, że to jest właśnie to, na co czekałeś. Jedno marzenie zastępuje drugie, stając się rzeczywistością.

Ważne jest jednak samozaparcie i wytrwałość. Nie wystarczy pomyśleć, że "fajnie byłoby pracować w telewizji" i na tej myśli poprzestać. Trzeba zastanowić się co możesz zrobić, w jakim czasie i w jakich krokach. Musisz stworzyć coś na kształt biznesplanu i bezwarunkowo starać się go wcielać w życie. 

Przekraczaj granice! Nie poprzestawaj na tym, co wydaje się osiągalne. Marzenia, które wydają się być mnie realistyczne, są również bardzo ważne! Świat to bowiem miejsce bardzo dziwne. Czasami może wydarzyć się coś, co zmieni nasze życie o 180 stopni. Trzeba tylko na to pozwolić.
I pamiętaj! Nigdy nie rezygnuj z marzeń! Nie pozwól, aby umarła Twoja dusza. Nie dołączaj do grona straceńców, którzy nawet nie wiedzą, jak wiele przeszło im koło nosa.

Szczęście było na wyciągnięcie ręki. Wystarczyłaby tylko odrobina odwagi...

poniedziałek, 23 listopada 2015

Hey! First love yourself!

Od dziecka uczy się nas, aby zachowywać się fair w stosunku do innych ludzi. Nie oceniać zbyt surowo, nie poniżać, wysłuchiwać tego, co mają do powiedzenia, nawet jeśli mieliby pleść największe głupoty. Mamy być mili i kulturalni, a "bliźniego swego miłować jak siebie samego". Ale dlaczego nikt nie tłumaczy, że słowa te można odczytywać również i w drugą stronę? Że nie należy ich rozpatrywać tylko pod kątem tego, jak traktujemy osoby z naszego otoczenia, ale również, a może nawet przede wszystkim, jak traktujemy samego siebie. W końcu inni odchodzą, pojawiają się i znikają, czasem ranią, czasem zabierają nam to, co było w nas najlepsze, zostawiając pustkę w sercu, w duszy, w życiu... Ale my pozostaniemy. Będziemy się zmieniać, to prawda, będziemy cierpieć, ale będziemy również przeżywać chwile radości. I ważne jest, aby tych chwil było jak najwięcej i żebyśmy potrafili je wykorzystać. Jeżeli nie będziemy przyjaciółmi sami dla siebie, jeśli nie będziemy potrafili się pokochać, a przynajmniej zaakceptować to jacy jesteśmy, jeżeli nie staniemy się obiektywni, rzeczywistość nas skrzywdzi. Sępy z całego świata zlecą się, aby wyżreć to, co w nas zostało. Nasze wewnętrzne światło zostanie oblepione przez stado ciem, pogrążając naszą duszę w mroku. I ani się obejrzymy, zostaniemy pozbawieni nadziei, radości, miłości...
 Dlatego tak ważny jest nasz stosunek do siebie. Aby nie dać się złu, sami musimy być dla siebie dobrzy. Aby nie dać się krytyce, sami musimy być dla siebie pochlebni. Aby nie dać się zniszczyć nienawiści, najpierw sami musimy siebie pokochać...

Zauważyliście pewnie, że błędy innych jest łatwiej wybaczyć, a własne, nawet najmniejsze, potknięcia zostają w naszych myślach na długo. Wyobraźcie sobie taką sytuację. Przychodzicie do  pracy rano, macie nadzieję, że uda wam się przetrwać bez problemu do powrotu do domu, jesteście nawet pozytywnie nastawieni, zaczynacie powoli myśleć, że "to będzie dobry dzień". Jednak, już na pierwszej przerwie, akurat wtedy kiedy nowy asystent dyrektora, zwrócił na was swój wzrok, wy potykacie się, upadacie, a na dodatek oblewacie się kawą. Od razu cały dobry nastrój pryska. Wiecie, że zrobiliście z siebie pośmiewisko i mimo że plama jest minimalna, ograniczacie kontakty towarzyskie tego dnia, aby nikt przypadkiem jej nie zauważył. Pracując nad projektem, nie odzywacie się, nie chcecie już bardziej zwracać na siebie uwagi. Markotni czekacie do 16. Wychodzicie śpiesznym krokiem, w drzwiach mijacie się z przystojnym asystentem, ale pochylacie tylko głowę z myślą: "Aby tylko mnie nie zauważył, pewnie uważa mnie za idiotkę". Wracacie do pustego domu i narzekacie na beznadziejność tego świata, a przede wszystkim waszego życia.

Ale ten scenariusz wcale nie musi tak wyglądać. Wróćmy do momentu waszego feralnego upadku. Zamiast z burakiem na twarzy wracać na swoje stanowisko, wstajecie, otrzepujecie się i z uśmiechem na twarzy, mówicie jakiś zabawny komentarz na swój temat. Okazujecie dystans do siebie. Macie świadomość, że inni śmieją się z wami, a nie z was. Zauważacie plamę na bluzce, ale machacie na nią ręką, nazywając ją waszą "blizną wojenną". Pracując nad projektem, wpadacie na genialny pomysł. Wszyscy z uznaniem słuchają waszej koncepcji, a dyrektor z aprobatą kiwa głową. Przystojny asystent się uśmiecha, a wy odwzajemniacie uśmiech. Nie zauważacie jak dochodzi 16 i czas wracać do domu. Przy drzwiach kręci się ten przystojniak, dlatego zwalniacie kroku, unosicie głowę do góry, wyprostowujecie sylwetkę i spoglądacie na niego. Utrzymujecie kontakt wzrokowy przez chwilę, a potem jak gdyby nigdy nic, kierujecie się do drzwi. On podbiega do was i zaprasza was na.. kawę. Wybuchacie śmiechem i idziecie razem do kawiarni.
Widzicie więc, że wiele zależy od nas samych. I nie jest to czcze gadanie. Jeżeli zaczniecie myśleć pozytywnie, to pozytywne rzeczy zaczną się w waszym życiu pojawiać. Tylko należy zrobić jeden krok. Przestać się zamartwiać, przestać widzieć rzeczywistość w szarych barwach. Każde niepowodzenie da się obrócić w sukces. Każdy nowy dzień jest szansą, którą należy wykorzystać. Jeżeli możecie coś zrobić, nie wahajcie się i zróbcie to. Jeżeli wasz plan dla innych wydaje się być szaleństwem, ale wiecie, że was może uszczęśliwić, wystawcie nieprzyjaciołom środkowy palec i ruszajcie za marzeniami. Nie poddawajcie się, sukces może być bliżej, może być dalej, ale przy odrobinie wytrwałości w końcu do niego dotrzecie.

sobota, 14 listopada 2015

Gdy boimy się kochać...

"Żyć bez miłości to tak, jakby związać ptakowi skrzydła i pozbawić go możliwości fruwania.
Ból też potrafi spętać skrzydła i uniemożliwić latanie - ...- I jeśli będą spętane przez długi czas, zapomnisz, że zostałeś stworzony do latania."

William P. Young

Coraz więcej ludzi na świecie żyje w pojedynkę. Mówią o sobie "niezależni", nigdy "samotni", jakby przyznanie się do braku drugiej osoby było czymś wstydliwym bądź upokarzającym. Głośno akcentują to, że nieposiadanie partnera jest wyłącznie ich decyzją i że "gdyby tylko chcieli to mogliby kogoś mieć" . Ale nie chcą. Bo i po co? Przecież tak im dobrze...
Tak naprawdę większość z nich wcale tak nie myśli. Pragną w końcu poznać kogoś, kto byłby im bliski i z zazdrością patrzą na pary, które łączą się w ich otoczeniu. Chcą być kochani, chcą dawać miłość innym, ale.. nie potrafią. Bo jak ktoś zgłodniały może nakarmić drugiego człowieka? Jak bezdomny, może udzielić pomocy komuś, kto też nie posiada własnego mieszkania? To samo tyczy się miłości. Jak ktoś, kto nigdy tego uczucia nie zaznał, może ofiarować je drugiej osobie?

Żeby miłość mogła być możliwa, najpierw trzeba w nią uwierzyć. Uwierzyć, że możemy być komuś potrzebni, że ktoś może akceptować nas takimi, jacy jesteśmy, ze wszystkimi naszymi wadami i zaletami. Musimy zapomnieć o wszystkim co było i otworzyć się na to co jest lub co dopiero będzie. Przeszłość niech odejdzie w zapomnienie i nie zajmuje miejsca w naszym ciele, w naszej duszy, ani tym bardziej w umyśle. 

Wielu z nas nie potrafi jednak postawić grubej kreski na swoich wspomnieniach. Nie potrafi ich wyrzucić z głowy, pozwala im na toksyczne zajmowanie coraz rozleglejszych terenów swoich organizmów. A wspomnienia zachowują się jak pasożyty. I w dodatku bardzo zaborcze. Nie chcą pozwolić nam na szczęście, żywią się tym, co powinno dawać energię nam. Szepczą nam do ucha straszne słowa i sprawiają, że zaczynamy widzieć przeszkody, które tak naprawdę nie istnieją... 
 Już nawet w początkowej fazie, kiedy dopiero zaczynamy rozglądać się za potencjalnym partnerem (w mniej lub bardziej świadomy sposób), na długo przed tym zanim stworzymy jakąś relację, ba! nawet zanim się zakochamy, mogą pojawić się wątpliwości. Towarzyszy im strach przed bliskością. Zarówno fizyczną jak i tą psychiczną. Analizowanie, racjonalizacja naszych działań, skłania nas do wysnucia wniosku, że to wszystko i tak nie ma sensu. Zaczynamy wyobrażać sobie, że ten potencjalny związek i tak się skończy, a my będziemy "bogatsi" o kolejny bagaż niezbyt miłych doświadczeń, którego nie będziemy wstanie unieść. 
Każdy związek jest inny. Przede wszystkim dlatego, że każda z osób, z którą się związujemy rożni się od poprzedniej. To żadna tajemnica, że na świecie nie znajdziemy dwóch takich samych ludzi. Ale nasza osobowość również ulega zmianie. Z każdą nieudaną relacją, z każdym potknięciem jesteśmy bogatsi.Bogatsi o wiedzę o samych sobie i o innych ludziach, o tym czego potrzebujemy i czego pragniemy. Stajemy się dojrzalsi. Staramy się nie popełniać tych samych błędów. Jesteśmy przygotowani na to, że coś może się nie udać. I choć świadomość starty boli zawsze, potrafimy sobie z tym jakoś poradzić...

A oprócz straty czego jeszcze możemy się obawiać? Dlaczego miłość dla wielu z nas nie kojarzy się z bajkowym życiem "długo i szczęśliwie" a tylko z bólem i uczuciem niepewności? Powody mogą być różne. Niektóre mają swoje początki w dzieciństwie. Kobieta, która została odrzucona przez ojca, będzie bała się porzucenia. Mężczyzna nauczony dominacji, będzie bał się utraty swojej niezależności. To, czego zaznamy w dzieciństwie wpływa na nasze dorosłe życie. Brak wzorców dobrego zachowania, brak miłości w domu rodzinnym może zrobić z nas emocjonalnych kaleków. 

Ale, jak z każdą inną, tak i z tą dysfunkcją można walczyć. Może nie usuniemy jej w całości, ale na pewno możemy zniwelować jej objawy. Wystarczy podjąć wyzwanie, poświęcić trochę czasu i popracować nad sobą. Otworzyć się na to, co nowe, nieznane. Oczywiście, nie można być naiwnym, nie można pokładać ślepej wiary, że będzie idealnie. Bo nie będzie. Ale nie można się tego bać. Trzeba dać szansę. Szansę sobie i drugiemu człowiekowi. Szansę na lepsze, szczęśliwsze i pełniejsze życie. Życie we dwoje.

środa, 28 października 2015

Byle do piątku...

Albert Camus wypowiedział kiedyś bardzo ważne słowa, że "szkoła to miejsce, które przygotowuje dzieci do życia w świecie, który nie istnieje". Zgadzam się z tym stwierdzeniem w stu procentach i z każdym dniem czuję tylko narastającą frustrację, która nie potrafiąc znaleźć ujścia, kumuluje się w moim ciele, w mojej duszy, aż w końcu z siłą bomby atomowej wybucha w najmniej odpowiednim momencie. Staram się nad tym panować, aczkolwiek są takie dni, jak chociażby dzisiaj, kiedy moje rozdrażnienie osiąga apogeum. Wtedy muszę znaleźć sposób, aby jakąś tę negatywną energię przerobić w coś pozytywnego. Dziś mój wybór padł na bloga i mimo że mam masę innych rzeczy do roboty, narzuconych odgórnie, nie zamierzam się tym przejmować i zapraszam Was na moje rozważania odnośnie tego dlaczego polskie szkolnictwo zmierza w bardzo nietrafionym kierunku...

1. Myśl tak jak inni!

To pierwszy i najbardziej poważny zarzut. Upychanie w ramy, w konwencje, w schematy. W szkołach nie ma miejsca na indywidualność, nie ma miejsca na kreatywność. Każdy kto myśli nieco inaczej, musi się dopasować do wymogów. Musi spłaszczyć swoje spostrzeżenia w taki sposób, aby klucz był w stanie je przewidzieć. A każde odstępstwo jest karane: czy to poprzez stratę punktów, czy gorszą ocenę. Nauczyciele uczą co powinniśmy myśleć, zamiast jak to robić. Kształcą naród nieuświadomiony, ślepy, podążający za dyrektywami, zamiast wymyślający własne rozwiązania. Czy tak to powinno wyglądać? Czy nie lepiej pozwolić dzieciakom na rozwój własnej osobowości, ba! nawet zrobić wszystko, aby pomóc im ją odnaleźć?


W życiu naprawdę nie chodzi o to, żeby bez zastanowienia i żadnej refleksji przeć do celu i to jeszcze postawionego nie przez nas, lecz wyznaczonego nam przez kogoś innego

2. Humanista nie może być ścisłowcem!

"Kochasz język polski? Musisz więc być beznadziejny z matmy!"... Przepraszam bardzo, niby dlaczego?! A co ze słynnym Leonardo da Vinci, który świetnie odnajdował się zarówno w rozległych obliczeniach matematycznych, jak i chociażby geografii? Jedna dziedzina nauki nie wyklucza przecież drugiej, wręcz użyte we właściwy sposób mogą się pięknie uzupełniać!

Jasne, istnieją stricte humaniści, czy też ścisłowcy, ale jest również wiele osób, które odnajdują się w różnych dziedzinach i które chciałyby mieć możliwość do rozwoju osobistego, a którym już przy wyborze szkoły każe się zdefiniować.

Z osobistego doświadczenia- miałam iść na mat-fiz. Wylądowałam jednak na humanie, gdyż stwierdziłam, że jest to bliższe moim zainteresowaniom. A teraz po dwóch latach żałuję swojej decyzji. Tylko, że czasu się nie cofnie, a nad rozlanym mlekiem płakać nie zamierzam.

3. Udowodnię ci, że tak naprawdę nic nie znaczysz!

Przychodzisz do szkoły, pozytywnie nastawiony, uczyłeś się do sprawdzianu, jesteś pewny, że będzie dobrze. Gdy dostajesz kartkę z pytaniami, robisz wielkie oczy. Nie masz zielonego pojęcia o co chodzi. Pierwszy raz widzisz takie zadania, nie wiesz jak się za nie zabrać, z której strony je ugryźć. Skrobiesz cokolwiek, a z każdą minutą mina rzednie ci coraz bardziej. Już wiesz, że nic z tego nie będzie. I rzeczywiście, dostajesz jedynkę. Jak większość klasy. Nauczyciel zamiast wytłumaczyć, twierdzi, że powinniście to umieć i że jesteście totalnymi debilami, Co wy w ogóle robicie w tej szkole?! Matury i tak nie zdacie.


4. Mój przedmiot jest najważniejszy!

Tak twierdzi nauczyciel z matmy. Tak twierdzi nauczyciel z historii. I z polskiego. A nawet nauczycielka przedmiotu uzupełniającego jakim jest przyroda, też jest tego zdania. Dlatego, jako że najważniejsze przedmioty powinny mieć pierwszeństwo, czują się usprawiedliwieni ogromną masą materiału jaką obarczają młode umysły. 

5. Nie narzekajcie! Mieliście dużo czasu na przygotowanie!

Oczywiście, bo nikt nie robi nic innego poza szkoła. Po co chodzić na jakieś zajęcia dodatkowe? Po co rozwijać się w dziedzinach tak nieważnych jak plastyka, muzyka czy chociażby taniec? Z tego nie zdacie matury! Dlatego na jutro przygotujcie się z 6 tematów. Będzie kartkówka. 

6. Jak to jesteście zmęczeni?! To co robiliście w nocy?! 

Spaliśmy. A przynajmniej niektórzy z nas. Ci, którzy mają lepszą pamięć lub lepiej potrafią zorganizować sobie dzień. Reszta kuła do późna. Zresztą bez efektu. Rozkojarzenie wynikające ze zmęczenia szybko daje o sobie znać...

7. Musicie wiedzieć WSZYSTKO!

Którego dnia i o której godzinie rozpętała się bitwa. Co jadł Napaleon. I jakie skarpetki nosił Kościuszko...Ta wiedza z pewnością przyda wam się w życiu...


~~~~

Podsumowując, nie twierdzę, że szkoła jest zła. Cieszę się, że mogę do niej chodzić. Że każdego dnia mam cel, powód, aby wstać z łóżka. Ze mogę spotykać się z ludźmi, rozwijać własną osobowość, zrywając z konwenansami i starając się przekonać innych, aby robili to samo. Próbując przekonać ich, że warto uczyć się dla siebie, nie dla ocen, nie dla nauczycieli ani nie dla rodziców. Że lepiej skupiać się tylko na tym, co nas interesuj i być w tym wybitnym, aniżeli być średniakiem w każdej dziedzinie. Że należy szukać rozwiązań nieoczywistych i  nie bać się wypowiadać własnego zdania. Taka "nauka" zaowocuje w przyszłości i sprawi, że staniemy się dużo bardziej wartościowymi osobami. Dlatego zgodnie ze słowami Marka Twaina życzę Wam, abyście nigdy nie pozwolili stanąć szkole na drodze Waszej edukacji :)

poniedziałek, 26 października 2015

Sposób na wampira

Wampir. Przerażający stwór rodem z powieści o Draculi. Z kłami i nieopanowaną żądzą krwi mieszkający w upiornym zamku na wzgórzu i potrafiący zamieniać się w nietoperza, kiedy tylko tego zapragnie. Albo inaczej...nieziemsko piękna postać, żyjąca od zawsze i na zawsze, obdarzona nadludzką siłą i ukazana w świetle męczeństwa-walcząc (czasem bezskutecznie... no ale cóż, każdemu przecież może powinąć się noga) z "zewem natury". Tak czy inaczej, to postać fikcyjna, wywodząca się z ludowych wierzeń, przekształcona przez autora w taki sposób, aby przyciągnąć czytelnika, czy to poprzez uczucie strachu wobec krwiożerczej bestii, czy też sympatię (ekhem) do lśniącego w promieniach słońca chodzącego posągu...


A co jeśli powiem Wam, że wampiry istnieją naprawdę?

Nie, nie musicie sięgać po telefon, aby zawiadomić odpowiednie służby o stanie mojego zdrowia psychicznego. Nic mi się w głowie nie pomieszało, wszystkie trybiki działają tak, jak powinny, a ja nie naczytałam się zbyt wielu powieści L.J. Smith. Jednakże twierdzę, że to, co napisałam wyżej jest prawdą. W jaki sposób?

Każdy z nas zna w swoim otoczeniu osoby, z którymi spotkania sprawiają, że czujemy się wyczerpani i przygnębieni. Niby nie robią nam nic złego, są miłe, nie obrażają nas, a jednak wysysają całą naszą życiową energię. Odbierają nam chęci do działania, sprawiają, że nie mamy na nic siły. Nawet kilkuminutowa rozmowa z nimi może przyprawić nas o ból głowy. Nie wiemy czemu tak się dzieje, winę zrzucamy na zbyt niskie ciśnienie, czy szaroburą pogodę za oknem. Przecież nikt normalny nie podejrzewa swojego znajomego o bycie wampirem. Jest to jednak zwyczajna naiwność z naszej strony. Taki osoby są wampirami, ale oczywiście wampirami energetycznymi.

Żeby nie było tak łatwo, wampiry, tak jak i zwykli ludzie dzielą się na kilka podstawowych typów. Oto one:

1. Wampir "Podziwiaj mnie!"

Uważa się za najważniejszą istotę na świecie. Nie znosi, gdy ktoś nie podziela jego zdania (przecież jest nieomylny!). Potrafi być miły i czarujący, ale tylko dopóki będziesz dla niego kimś w rodzaju zaślepionego widza. Oczekuje od ciebie bezkrytycznego podziwu. A każda wzmianka o tym, że może lepiej zrobić coś inaczej niż on to wymyślił kończy się natychmiastowym wypowiedzeniem zimnej wojny. Nie będzie klął, nie będzie krzyczał. Postawi sobie za cel, aby cię zniszczyć. I zrobi to. Powoli i niemalże niezauważalnie...

2. Wampir "Moje życie jest lepsze niż twoje"

Z początku wydaje się być cudownym kandydatem na kompana. Myślisz nawet o tym, że mógłbyś się z nim zaprzyjaźnić. Kiedy jednak podejmujesz próbę nawiązania bliższego kontaktu on zaczyna uciekać. Umawia się z tobą, ale na spotkaniu się nie pojawia. Co więcej okazuje się, że w tym czasie zamiast z tobą był na najlepszej imprezie wszechczasów. I zapomniał cię o tym powiadomić. Pod wpływem jego cudownych opowieści czujesz, że twoje życie jest wyjątkowo nudne...

3. Wampir "Drama Queen"

Jego życie przypomina najbardziej wymyślną operę mydlaną. Zdrady, stalking, molestowanie, namiętne romanse i burzliwe związki. Wszystko to on ma na co dzień. Potrzebuje twojej rady. Zaczyna ci się zwierzać. Szuka w tobie oparcia i pocieszenia. Powoli zaczyna wciągać cię w swoje życie, tak, że ty nie masz już czasu na swoje. Czujesz się za niego odpowiedzialna i nie potrafisz mu odmówić pomocy. Chociaż byś musiała na łeb na szyję lecieć do niego o 2 w nocy, zrobisz to. I wiele innych rzeczy również. 

4. Wampir "Wiem lepiej"

Ma opinię na każdy temat. Powie ci jak wychowywać dzieci, co jeść, jak ćwiczyć, nawet jakie skarpetki nosić. Od niego dowiesz się, że nie radzisz sobie z własnym życiem i potrzebujesz pomocy. A on z wielką chęcią ci jej udzieli. Oczywiście potem będzie oczekiwał dozgonnej wdzięczności. W końcu tyle ci poświęcił! Co z tego, że wbrew twojej woli...

5. Wampir "Dr Jekyll i Mr Hyde"

Najpierw wydaje się być jak do rany przyłóż. Zaprzyjaźniasz się z nim, gdyż wierzysz, że jest to dobry wybór. Przez jakiś czas jest wspaniale, jednak w pewnym momencie ty popełniasz jakąś straszną zbrodnię. Nie do końca rozumiesz na czym polega twoja wina, jednak wampir jest nieubłagany. Wymierza ci karę- wypisuje jakieś dziwne posty na Facebooku, nastawia znajomych przeciwko tobie i zaczyna uprzykrzać ci życie, tak, że nie widzisz innego rozwiązania problemu jak ucieczka gdzieś hen daleko. Najlepiej na bezludną wyspę. 


~~~~
Jak widać, wampiry istnieją naprawdę. Nasza w tym kwestia, aby nauczyć się je rozpoznawać i pod żadnym pozorem nie wplątywać się z nimi w żadną głębszą relację. Kontakty z nimi należy ograniczać do minimum. Nie reagować na zaczepki czy próby zacieśnienia więzi. Ze społeczeństwa ich nie usuniemy- jest ich bowiem za dużo, ale możemy ochronić się przed ich atakiem. Może drewniany kołek czy też czosnek zbyt wiele tutaj nie pomogą, ale uśmiech i pozytywne nastawienie z pewnością! Dlatego do dzieła! Weźmy naszą "broń" i walczmy z tymi, którzy zniszczyli życia tak wielu ludzi...


poniedziałek, 19 października 2015

Forever young

Powiem Wam, że po ostatniej notce czułam pewien niedosyt. Mówiłam o artystach ogólnie, a skupiłam się w końcu na samych pisarzach. Sumienie nie pozwalało mi jednak tego tak zostawić. Ktoś jeszcze mógłby pomyśleć, że pierwiastek zła drzemie tylko w tych, którzy posługują się słowem, a powieści, które wyszły spod ich ręki, niczym nosiciele jakiejś dziwnej choroby, przez wieki zarażały szaleństwem tych, którzy odważyli się do nich zajrzeć . Byłby to kolejny powód dlaczego nie warto czytać książek. Ktoś jeszcze usprawiedliwiając się przed swoją polonistką, zrzuciłby całą winę na mnie i wyszłoby na to, że Cytrynowa Dama promuje analfabetyzm. A na takie oszczerstwa zgodzić się nie mogę!

Dlatego poszperałam trochę i natrafiłam na pewną bardzo niepokojący artykuł. Słyszeliście o Klubie 27? Jest to umowna nazwa grupy najsłynniejszych gwiazd, które zmarły w wieku 27 lat. Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison, czy Kurt Cobain. Ich barwne życiorysy, a także nieścisłości związane z ostatnimi chwilami przed śmiercią dają podstawy do tworzenia wielu teorii spiskowych. 

Ale fenomen umierania w młodym wieku wykracza poza liczbę 27. Wielu artystów spoza branży muzycznej kończy swój żywot ok. 30 roku życia. Towarzyszą temu podobne okoliczności: problemy z alkoholem, czy narkotykami, rzesze fanów, a także wiele pytań pozostawionych bez odpowiedzi.  

Poczytałam parę teorii i aż mi przeszedł dreszcz po plecach. Niektórzy bowiem uważają, że śmierci tych ludzi w żadnym stopniu nie były przypadkowe. Że gwiazdy urodziły się tylko po to, aby stać się częścią jakiegoś chorego rytuału. Rytuału obejmującego cały świat i dziejącego się poza zakresem umiejętności pojmowania naszych umysłów. 

W książce „Tajne Stowarzyszenia i Wojna Psychologiczna” Michaela A. Hoffmana możemy przeczytać:

“[Niektóre morderstwa] są morderstwami rytualnymi dokonywanymi przez kult chroniony przez rząd USA, korporacyjne media i powiązaną z nimi policją.

Tego typu morderstwa są wyreżyserowanymi ceremoniami; odprawianymi na początku na bardzo małą skalę, pośród samych adeptów w ramach ich programowania, a pózniej na dużą skalę przy użyciu mediów elektronicznych.

W rezultacie otrzymujemy niezwykle symboliczny, rytualny przekaz dla milionów ludzi, satanistyczną inwersję: swoistą czarną mszę gdzie miejsca w ich teatrze zajmuje cały naród (…)"

Manipulacje umysłem, nadistoty, wprowadzające w życie swój szatański plan... Czy te spekulacje, mimo że brzmią jak bełkot szaleńca, nie budzą lęku? 

W książce Fritza Springmeiera The Illuminati Formula to Create a Mind Control Slave czytamy:

“Programiści programują ich z przeświadczeniem że zostaną oni „wyrzuceni z pociągu do wolności” gdy zbliżą się do 30 urodzin. (Pociąg wolności jest słowem-kodem w opartym na traumie programie kontroli umysłu Monarch. Wyrzucić z Pociągu Wolności oznacza zabić.)

Ofiary kontroli umysłu podobno umierają młodo z kilku powodów. Po pierwsze program tortur nie może być prawidłowo przeprowadzany na osobach dorosłych. W pewnym momencie zaczyna on odsłaniać swoje defekty, a dotychczasowi niewolnicy odzyskują pamięć. Szok jest dla niego tak wielki, że zaczyna topić go w alkoholu, narkotykach i depresji. Przestaje słuchać poleceń, które dotychczasowo wypełniał bez zastanowienia. Zaczyna być ciężarem, dlatego wyrzuca się go z pociągu wolności.

Co ciekawe, ci, którzy zbliżali się do tego momentu kończącego "współpracę" świadomie, bądź też nieświadomie brali udział w kampaniach bezpośrednio związanych z okultyzmem.

Spójrzcie na to:


Zdjęcie Britanny Murphy na krótko przed śmiercią


Heth Ledger i alternatywne osobowości, szepczące mu do ucha

Z postacią Hetha Ledgera wiąże się jeszcze pewna scena W ostatnim filmie, w którym grał- "Parnassus: Człowiek, który oszukał diabła", kobieta z przerażeniem odkrywa, że celebryci: Rudolph Valentino, James Dean i księżna Diana nie żyją. Johnny Depp, jeden z zastępujących Ledgera aktorów, odpowiada jej :

“Tak… są jednak nieśmiertelni. Nie zestarzeją się ani nie utyją. Nie zachorują ani nie osłabną. Są ponad strachem ponieważ są… na zawsze młodzi. Są bogami… a ty możesz do nich dołączyć.”

Po chwili mężczyzna dodaje:

“Twoja ofiara musi być czysta.”

Te słowa zostały wypowiedziane już przez Hetha Ledgera...

~~~~
Zostawiam Was samych z tym stwierdzeniem. Może macie jakieś spostrzeżenia na ten temat? Albo uważacie to za kompletne bzdury? Dajcie znać co o tym sądzicie... Bo moje odczucia z pewnością są dosyć ambiwalentne... 

niedziela, 18 października 2015

Gdy wrażliwość zaczyna być przekleństwem...

Człowiek to najśmieszniejsze stworzenie na świecie. Zachowuje się irracjonalnie przez całe swoje życie i nie widzi w tym nic dziwnego. Szuka podobieństw z innymi osobnikami, jednocześnie pragnąc, aby zauważano jego odrębność. Chce osiągnąć coś wielkiego... ale niekoniecznie wychodząc z domu. Marzy o wielkiej miłości, ale wygórowane wymagania sprawiają, że nie jest ona realna.

Człowiek to istota zagubiona, lecz niewiedząca czego tak naprawdę szuka. Tęskniąca, chociaż nie za bardzo wiadomo za czym, pragnąca, lecz nie potrafiąca tych pragnień nazwać. Przez całe życie dążąca do celu, który z każdym krokiem oddala się coraz bardziej, zmienia miejsce swojego położenia, albo po zdobyciu okazująca się być jedynie ułudą.


Ktoś całkowicie świadomy tego paraliżującego paradoksu, jego bezsensowności, w wielu przypadkach nawet fatalizmu, byłby tak cholernie nieszczęśliwy, że nie widziałby sensu, aby dłużej grać tę marną rólkę w wielkim melodramacie zwanym życiem. Bo skoro każde działania skazane są na porażkę, a osiągnięcie tego, co się zaplanowało nie jest możliwe, nie ma najmniejszego powodu, aby kontynuować całą tę farsę.

Istnieją tacy członkowie społeczeństwa, którzy jeszcze przed urodzeniem zostali naznaczeni. Niektórzy nazywają to darem, ja nazwałabym to przekleństwem.

Widzą oni więcej niż świat chciałby pokazać, czują każdym swoim zmysłem, mają wrażliwość, która ujawnia się już we wczesnym dzieciństwie i przez lata ewoluuje. Z początkowego stadium, jakim jest bezgraniczny zachwyt pięknem świata, w szybkim czasie przechodzą do poczucia marności i bezsilności. Zaczynają rozumieć z czym wiąże się bycie jedynie "trzciną na wietrze", kiedy to złośliwy wiatr dmie w nią z całą swoją siłą i to z każdej strony.

Aby całkowicie nie zwariować, część tego, co siedzi im w głowach, gnieździ się w duszach, co zaprząta im myśli, wyrzucają z siebie. Poprzez obrazy, słowa, czy muzykę tworzą piękno, sami zatracając się w brzydocie. 

I nie chodzi tu o to, że nie ma obok nich ludzi, którzy potrafiliby wyrwać ich z czarnej dziury rozpaczy. Matka, żona, przyjaciele- nikt, mimo przeogromnych starań, nie byłby w stanie pojąć demonów z którymi oni  muszą zmagać się na co dzień.


Nie ma lekarstwa na strach. Nie ma lekarstwa na smutek. Ani na bezsilność. Są tylko wspomagacze, dające chwilową ulgę. Narkotyki, alkohol, duże ilości kofeiny, papierosy... Każdy artysta, bez wyjątku, z któregoś z nich korzysta. Albo łączy je, wystawiając siłę swojego organizmu na próbę.

PISARZ- ISTOTA UZALEŻNIONA

1. Honoriusz Balzac (autor m.in. "Ojca Goriot") - nałogowiec "lekkiego kalibru"; nie wyobrażał sobie bowiem życia bez... kawy. Trudno w to uwierzyć, ale każdego dnia potrafił wypić ok. 50 filiżanek dziennie! A gdy zabrakło mu tego napoju bogów, zjadał nawet pozostawione na dnie fusy.

2. Lord Byron ("Don Juan")- całkowicie ogarnięty... manią seksu. Legendy głoszą, że w ciągu roku potrafił zaliczyć aż 250 kochanek, nie wliczając w to osobników płci męskiej. Mimo że w tamtych czasów nie było zbyt skutecznych środków masowego przekazu, zachowały się plotki, jakoby spał nawet ze swoją przyrodnią siostrą. Informacja ta jest jednak niczym w porównaniu do tej, że Byron niczym prawdziwy kolekcjoner zbierał fragmenty włosów łonowych swoich partnerek i zachowywał je dla "potomności"... 

3. Fiodor Dostojewski ("Zbrodnia i kara")- nie potrafił sobie poradzić z uzależnieniem od hazardu, a w szczególności od ruletki. Często więc pozostawał bez grosza, zmuszony opłacać długi z honorariów otrzymywanych za swoje książki. Podobno prace nad "Zbrodnią i karą" przyspieszył właśnie z tego powodu

4. William S. Burroughs ("Nagi lunch")- najsłynniejszy heroinista wśród pisarzy. Przebywał na haju niemal całe życie, więc z braku innej możliwości wtedy to właśnie powstawały jego najważniejsze dzieła. W pewnym momencie zaczął nawet dorabiać na boku handlując narkotykiem. Zmarł na marskość wątroby 

5.Ernest Hemingway ("Stary człowiek i morze")- pisarz, który osiągnął wszystko o czym każdy inny mógł tylko marzyć: sława, kobiety, pieniądze... Zdobył nawet Nagrodę Nobla! To mu jednak nie wystarczało. Pił na umór, aby nie musieć borykać się z rzeczywistością. Widocznie nie było to zbyt skuteczne, gdyż życie zakończył strzelając sobie prosto w głowę...

GDY ŻADNE Z "LEKÓW" NIE POMAGA...

A co jeśli nałogi to nie wszystko? Jeżeli zło zacznie ogarniać umysł i przejmować kontrolę nad ciałem? Wtedy artyści są w stanie posunąć się do wszystkiego... 

1. Francois Villon- bójki, kradzieże, oszustwa były dla niego codziennością. Dopuścił się nawet zabójstwa, za co został skazany na więzienie. Ale udało mu się z niego wydostać. Dzięki temu nadal mógł prowadzić swój hulaszczy żywot.

2. Krystian Bala- dopuścił się zbrodni poniekąd zrozumiałej, albowiem na domniemanym kochanku swojej żony. Policja nie była mu w stanie niczego udowodnić. Jednakże, nie wiadomo czy z głupoty, czy to wyrzuty sumienia wzięły górę, Krystian opisał swój czyn ze szczegółami w powieści pt. "Amok". Powieść pełna perwersyjnego seksu, sadystycznych opisów, krwi i emocji zainteresowała policję. Odkryto wtedy pewne analogie. Krystian Bala został skazany na 25 lat więzienia.   

3. Anne Perry ( a właściwie Juliet Hulme)- autorka historycznych powieści detektywistycznych i kryminalnych dziś zabija jedynie na stronach swoich książek. Jednak w wieku 16 lat razem ze swoją przyjaciółką Pauline Parker, z którą łączyły ją obsesyjna, niemal toksyczna relacja, zaplanowały morderstwo. Matka Parker chciała bowiem zabronić dziewczynom kontynuowania znajomości. One, nie chcąc się na to zgodzić, zwyczajnie ją zabiły...  
~~~~

Jak widać, życie artysty nie jest usłane różami. Nikt, kto sam tego nie zaznał, nie zrozumie co dzieje się w głowie osoby obdarzonej tak wielką wrażliwością.

Nie lubię wielkich słów, więc sama siebie artystką bym nie nazwała. Jedno jest jednak pewne, to, co wychodzi spod moich palców jest całkowicie poza moją kontrolą. Nie panuję nad słowami, nie panuję nawet nad tematem, który poruszam. Czuję się jak w amoku. Jestem tylko maszyną, którą ktoś steruje w taki sposób, aby przekazać coś reszcie społeczeństwa...

Jest to piękne, ale w jakiś sposób równie zatrważające. Nie jestem sobą, kiedy zaczynam tworzyć. Jestem wszystkim, a zarazem niczym. Z jednej strony czuję, że muszę coś przekazać, z drugiej wiem, że to i tak niczego nie zmieni. 

I czasem zazdroszczę zwykłym śmiertelnikom, których największym zmartwieniem jest to, co zjedzą dzisiaj na obiad...

środa, 7 października 2015

Szczęście w rozmiarze XS

Zaczyna się niewinnie. Najpierw chcesz zrzucić parę kilo. rezygnujesz więc ze słodyczy i przetworzonej żywności. Mówisz sobie, że wyjdzie ci to na zdrowie i z zawzięciem przełykasz ślinę, gdy młodszy brat sięga po kolejną czekoladkę. On może. W końcu z was dwojga to on został obdarzony darem szybkiej przemiany materii. Nie ty. Ty musisz cierpieć, ale wiesz, że niedługo cierpienie zostanie ci wynagrodzone. Pokażesz tym wszystkim wrednym osobom, które swojego czasu skrzywdziły cię, wystrzeliwując słowa niczym pociski i zostawiając głęboką ranę w twoim sercu. Pokażesz im, że były w błędzie! Że nie jesteś aż tak beznadziejna za jaką cię uważali! Że ty też możesz coś osiągnąć! I to ty będziesz tą, która śmieje się ostatnia...

Do czego dążysz? Oczywiście do perfekcji! Chcesz być idealna, a powszechnie przecież wiadomo, że człowiek idealny, to człowiek chudy. Modelki, aktorki, piosenkarki... Chcesz zachwycać figurą, tak jak one. Wycinasz więc ich zdjęcia i wieszasz koło lustra. Mają być twoją motywacją. Mają cię zmusić do zrobienia tych 100 brzuszków, chociaż plecy i brzuch stanowczo odmawiają. "Żeby być pięknym, trzeba cierpieć". Zaciskasz więc zęby i decydujesz się na dodatkową serię. W końcu ruch to samo zdrowie, czyż nie?

W niedługim czasie twoje starania zaczynają być zauważalne. Zewsząd sypią się komplementy, koleżanki pytają jak to zrobiłaś, a chłopak, który w dzieciństwie przezywał cię od grubasek, zaczyna patrzeć na ciebie z zaciekawieniem. Odżyłaś. Czujesz się wreszcie jak kobieta, a nie jak jakieś beznadzieje popychadło. Ale nie spoczniesz na laurach! Co to to nie! Pragniesz więcej, co w tym wypadku oczywiście oznacza mniej. Mniej kilogramów na wadze. Mniej centymetrów w obwodzie. Mniej jedzenia na talerzu...

Ku twojemu przerażeniu, mimo starań, waga przestaje spadać tak szybko jak na początku. Zaczynasz panikować, nie wiesz co robisz nie tak. Przecież rygorystycznie trzymasz się swojej diety. Od miesięcy nie miałaś w ustach czekolady... Chociaż były takie momenty, gdy chciałaś rzucić to wszystko w pieruny! Momenty, kiedy głód zaczynał być silniejszy od twojego samozaparcia. Kiedy żołądek błagał, abyś go nakarmiła. Ale ty się nie poddałaś. Coś postanowiłaś i zamierzasz przy tym trwać. Nie możesz przecież znowu pokazać wszystkim, że coś ci się nie udało.


Jedzenie zaczyna opanowywać cały twój umysł. Każdą chwilę poświęcasz na myśleniu o tym co zjadłaś, ile to miało kalorii i czy możesz sobie pozwolić na fanaberię w postaci kolacji... Znasz wartość kaloryczną każdego produktu. Przy każdym kęsie w twojej głowie włącza się kalkulatorek. Na wszelki wypadek dodajesz 50 kalorii do swojego bilansu. Gdybyś przypadkiem pomyliła się gdzieś w rachunkach...

Przestajesz wychodzić z domu. Boisz się, że wypad ze znajomymi skończy się wzięciem do ust czegoś "zakazanego". Pizza? Broń Boże! Piwo? To ponad 200 kalorii! Kawa? Jeszcze zamówiłabyś do tego ciastko i tragedia gotowa...

Ludzie cię nie rozumieją. Mówią, że jesteś głupia, że nie wyglądasz już dobrze. Wytykają ci twoje wystające obojczyki, a ty w myślach skaczesz z radości. To dla tych chwili żyjesz. Dla chwili triumfu. 

Włosy zaczęły ci wypadać, paznokcie się łamać, skóra stała się szorstka. Ale nie tylko wygląd się zmienił. Zmieniłaś się ty. Nie uśmiechasz się już dłużej. Patrzysz smutnym wzrokiem, jak reszta społeczeństwa korzysta z życia. Ty nie masz na to siły. Ani ochoty.

Ale przynajmniej jesteś chuda...
~~~~
Zastanówcie się przez chwilę. Czy chcecie aby tak wyglądało Wasze życie?! Czy to jest Wasza definicja szczęścia?

Piękno to NIE chudość, to nie wystające kości, czy zapadnięte policzki. Piękno to stan umysłu! Każda z nas jest piękna, trzeba tylko w to uwierzyć i odpowiednio to wyeksponować. 

Tak, powiecie, sama jest szczupła, więc może gadać do woli. Ja jednak nie robię tego z zawiści, uwierzcie. Chcę tylko przestrzec Was przed błędami, które niewyobrażalnie wpłyną na całe Wasze życie. I na Waszych bliskich. Wiedzcie, że gdy zrobicie pierwszy krok w tę stronę, trudno będzie zawrócić. Aż w końcu dojdziecie do momentu krytycznego, w którym ważyć się będzie całe Wasze życie. I w którym będziecie musiały zadecydować, czy jesteście na tyle silne, by walczyć z demonem, który was opętał, czy poddacie się i stoczycie w ciemność...

Dlatego proszę Was, nie brnijcie w to! Żyjcie zdrowo i szczęśliwie, bez względu na rozmiar :)


Top 5 rad odnośnie życia w zgodzie ze sobą

1. Jedz!

Twój organizm potrzebuje paliwa. Jeśli go nie dostaje, magazynuje energię w postaci tłuszczu. Robi "zapasy" na gorsze chwile. Dlatego tak ważna jest regularność. Pierwsze śniadanie powinno być spożyte do godziny po obudzeniu i powinno dawać energię na cały dzień. Przerwy między posiłkami nie powinny być dłuższe niż 5 godzin. Nie przywiązuj jednak zbytniej wagi do tych liczb. Dopasuj wszystko do swojego organizmu. Każdy w końcu jest inny i ma inne zapotrzebowania. Wsłuchaj się więc w to, co mówi Ci Twoje ciało, a na pewno nie pożałujesz. 

2. Nie odmawiaj sobie przyjemności

Czekolada nikogo nie zabiła. Kawałek pizzy również. Nie rób sobie wyrzutów sumienia, że zjadłaś coś "zakazanego". Po prostu czerp z tego jak najwięcej przyjemności. 

3. Ćwicz!

Ruch to zdrowie. Każda forma ruchu przybliża Cię do wymarzonej sylwetki. Musisz tylko wybrać tę, która najbardziej Ci odpowiada. Możesz biegać, tańczyć, jeździć konno. Możesz też chodzić na spacer czy kosić trawę w ogrodzie. Ważne, abyś czerpała z tego przyjemność i nie robiła nic na siłę. 

4. Nie porównuj się!

Każda z nas ma inną sylwetkę. Jedna ma szersze biodra, inna bardziej zabudowane uda. Nigdy nie będziemy wyglądały tak samo. Najważniejsze, aby być najlepszą wersją siebie i dobrze czuć się we własnej skórze :) 

5. Oczyść myśli!

Wyjdź na spacer, odetnij się od świata zewnętrznego, zamknij oczy i marz... Spędź trochę czasu ze sobą. Poznaj siebie. Zrób bilans swoich zalet i wad. Skup się na tym co dobre. Postaraj się to wyeksponować. Powtarzaj sobie codziennie, że jesteś piękna, cudowna, jedyna w swoim rodzaju. I zacznij w to wierzyć :)
~~~~
Bo szczęście to nie rozmiar XS. Szczęście to życie. To śpiew ptaków z rana, to pierwsze promienie słońca na wiosnę i pierwsze płatki śniegu w zimie. Szczęście to pogodzenie się ze sobą, pokochanie siebie, takim jakim się jest. Szczęście to docenienie tego, co dostaliśmy od świata i chęć, aby zrobić coś w zamian. Osiągnąć coś wielkiego. Zmotywować kogoś do działania. Pomóc komuś w walce z demonami przeszłości...


środa, 30 września 2015

Seks, narkotyki i alkohol

Jest ranek. Słońce niemiłosiernie wdziera się poprzez szparę w pospiesznie zasłoniętych poprzedniego dnia żaluzjach. Przyprawia cię to bóle głowy. Czujesz jakby ktoś uderzał cię niezmordowanie małym młoteczkiem od wewnętrznej strony czaszki. Może to tak zwane Sumienie próbuje dobić się do twojej podświadomości? Nieee, dawno już się z nim nie widziałeś i raczej za nim nie tęsknisz. Odkąd się rozstaliście pojęcie "zabawy" przybrało nowy wymiar. Przecierasz oczy i łykasz solidnego klina z butelki stojącej na szafce. Tak lepiej. Ból powoli ustaje, a ty masz czas aby rozejrzeć się po pokoju. A raczej po tym co po nim zostało. Wstajesz i chwiejnym krokiem przeskakujesz nad kupką pogrążonych w pijackim śnie ludzi, których widzisz tak naprawdę pierwszy raz w życiu. Co się wczoraj działo? W pamięci masz urywki, za cholerę nie potrafisz połączyć ich w całość. Może to i dobrze. Schodzisz do kuchni, przypadkiem zerkasz na kalendarz. Jest środa.... Środa?! Jak to możliwe?! Przecież dzisiaj wracają rodzice! Zaczynasz biegać po domu i zbierać co większe dowody "zbrodni", budzisz i wyganiasz niezadowolonych imprezowiczów i modlisz się w duchu, aby na ulicach były korki. Niestety los bywa przekorny i po chwili słyszysz jak samochód Starszych podjeżdża pod garaż. Masz przerąbane. I to nie pierwszy raz.



Tak wygląda życie nastolatków w Wielkiej Brytanii. A przynajmniej tych, którzy żyją w rzeczywistości wykreowanej przez telewizję. Wiecie o kim mówię? Oczywiście o cudownych, jedynych w swoim rodzaju Skinsach!

Zakochałam się w tym serialu od pierwszego odcinka i z wielką niecierpliwością czekałam, aż skończę wreszcie wszystkie sezony, aby móc podzielić się z Wami moim wyrazem uwielbienia zarówno do twórców, jak i do aktorów za to, że spędzili ze mną kawał czasu. Nie marudzili, nie wykręcali się, nie kłócili, po prostu przy mnie byli. Byli ze mną gdy było mi smutno, albo gdy szalałam z radości. Byli, gdy inni nie mieli dla mnie czasu, albo gdy ja nie miałam ochoty, aby wychodzić z domu. Byli rano, w południe, wieczorem i późno w nocy. Na każde moje zawołanie.. Na każdy nastrój. I na każde niepowodzenie. Dawali mi rady, przestrzegali przed niektórymi decyzjami i uczyli czym jest życie. Od nich nauczyłam się więcej niż chociażby dzisiejszego dnia w szkole (Co dziś wyniosłam z lekcji? Złotą radę Marii Antoniny, którą polecam stosować, gdy dopadnie Mały Głód- gdy nie masz chleba, jedz ciastka! #potwierdzoneinfo). 


TOP 5 ŻYCIOWYCH RAD OTRZYMANYCH OD KUMPLI

1. Każdy człowiek jest inny...

... jednak istnieją określone "typy", według których można go sklasyfikować  Nie mówi się o tym wprost, ale spójrzcie chociażby na Michelle i Mini. Dzielą je dwie generacje i choć dziewczyny niewątpliwie się różnią, to można określić ich miejsce w grupie jako "femme fatale". Są kobietami, łamiącymi serca mężczyznom. A przynajmniej aspirują do bycia takowymi. To samo Sid i Alo. "Dziwacy", którym jakimś cudem udaje się wyrwać najgorętsze laski. A Pandora i Franky? Obie wyśmiewane przez społeczeństwo, a potrafiące sprawić, że paru chłopaków zwariowało na ich punkcie.

A Tony... Chciałoby się rzec, że jest jedyny w swoim rodzaju (przynajmniej do pewnego uderzająco ważnego momentu- nie chcę spojlerować tym, co jeszcze nie oglądali, pozostali skinomaiacy powinni wiedzieć o co mi chodzi), ale czy nie przypomina Wam trochę Cooke'a? Pewny siebie chłopiec, który jest w stanie poświęcić wszystko dla zabawy. I który ma gdzieś fakt, że kogoś rani. To on znajduje się w epicentrum świata.

2. Nie należy oceniać książki po okładce.

Często patrzymy na ludzi i widzimy tylko to, co chcą nam pokazać. Zamiast prawdziwej twarzy, widzimy maskę, za którą się chowają. Pozę, którą przywdziewają. Nie zagłębiamy się w ich historię. A często okazuje się, że pod tym przebraniem skrywa się zupełnie inna osoba. Zraniona przez życie, przywdziewająca pancerz, a jednak podświadomie łaknąca zrozumienia...


3. Nie ma jednej definicji miłości.

Można prawdziwie kochać osobę płci przeciwnej, albo tej samej. Można kochać na raz dwie osoby i nie mieć pojęcia co zrobić, aby ich nie zranić, a można nie kochać prawdziwie nikogo poza sobą samym. Można kochać i trzymać w zamknięciu, a można, mimo że łamie nam to serce, puścić wolno, 

Nikt nigdy nie zrozumie czym jest miłość. Wiadomo tylko, że boli. Ale ten ból jest potrzebny, pokazuje, że człowiekowi zależy. Obojętność to śmierć dla związku.


4. Pewność siebie to podstawa.

Aby inni mogli Cię pokochać, musisz sam najpierw to zrobić. Trudne? Może. Ale warto się postarać. Franky z "niewiadomoczego", z dziwadła, którym pomiatali wszyscy stała się prawdziwą kobietą. Ważne jest podejście. Jeżeli będziesz wierzyć, że jesteś wspaniały, inni też w to uwierzą. Od Ciebie zależy jak to wykorzystasz.

5. Nastoletnie problemy to nic w porównaniu do problemów dorosłego świata.

Doskonale obrazuje to ostatni sezon. Skins: fire, pure, rise, w którym wracamy do naszych bohaterów. Ucieszyłam się, gdy jeszcze raz mogłam pobyć z Effy. Kocham ją, mam z nią wiele wspólnego i mimo że w pierwszym sezonie uważałam ją jedynie za nieco upośledzoną siostrę Tony'ego, to wkrótce przekonałam się, że jej historia jest dużo bardziej skomplikowana (patrz punkt 2.). Zżyłyśmy się bardzo. Razem z nią płakałam, razem z nią się śmiałam. I na pewno do niej wrócę.

A co do problemów. Gdy jesteś nastolatkiem myślisz, że wali Ci się świat, gdy chłopak, który Ci się podoba nie zwraca na Ciebie uwagi. Gdy spodnie, które założyłaś, nie pasują Ci do bluzki. Albo gdy nie dostajesz zaproszenia na imprezę, na którą idą dosłownie wszyscy.

Dorosłe życie wygląda inaczej. Musisz podejmować decyzje, często między "złym", a "bardzo złym". I musisz przyjmować konsekwencje tego, co postanowiłeś. Nikt nie zrobi tego za Ciebie...

~~~~

Podsumowując, Skinsi to nie serial, to styl życia. Polecam wszystkim, którzy jeszcze jakimś cudem się z nim nie zetknęli. Musicie być jednak przygotowani na to, że nie spoczniecie póki nie skończycie wszystkich (7!) sezonów. Zobaczycie, że problemy kumpli staną się Waszymi problemami. Nie będziecie mogli się oderwać!

A ja Wam zazdroszczę przyjemności oglądania ich po raz pierwszy... Wiadomo przecież nie od dziś, że to, co pierwsze oddziałuje na nas najmocniej...

Mam też prośbę. Możecie polecić mi jakieś inne seriale, które chociaż w połowie wypełniłyby mi pustkę po Skinsach? :)

sobota, 26 września 2015

W poszukiwaniu straconego czasu+ coś na rozluźnienie :)

Wrzesień powoli dobiega końca. Przyznam, że był to okres najbardziej wytężonej pracy w całym moim życiu (a może to tylko takie wrażenie- w końcu dwa miesiące nicnierobienia potrafią rozleniwić każdego). Szkoła naprawdę daje mi w kość, w dodatku rozpoczęłam nową dyscyplinę sportu (ale o tym później), a i o kontakty towarzyskie trzeba w jakimś stopniu zadbać. Mieszanka tego wszystkiego sprawia, że czas przecieka mi przez palce. Wstaję w poniedziałek, a tu nagle koniec tygodnia. Wszystko pięknie, tyle że działanie na pełnych obrotach wykańcza. Zarówno psychicznie jak i fizycznie. Więc gdy nadchodzi upragniony piątek, ja nawet nie myślę już o tym, żeby gdziekolwiek z domu wychodzić. Zaszywam się w pokoju, najlepiej pod kołderką, z książką w dłoni lub ulubionym serialem na ekranie i odpoczywam. A gdzieś w podświadomości majaczy mi przeraźliwa myśl, że przecież mam jeszcze tyyyle do zrobienia przed nadejściem kolejnego tygodnia...




Podobno nie istnieje coś takiego jak "czas stracony". Jak nazwać jednak to czego doświadczam każdego dnia? Siedzenie paręnaście godzin nad historią, która notabene jest jedynym przedmiotem, którego nie zdaję na maturze. Lekcje, które swoją formą wcale nie sprawiają, że jestem bogatszym człowiekiem. Brak czasu na rozwijanie pasji. Przeraźliwe zmęczenie i myśl, aby zamknąć oczy "tylko na chwilunię". 

Ciągłe zmiany nie wyszły szkolnictwu na dobre. Szkoły, które jeszcze niedawno były uważane za elitarne, teraz opierają się jedynie na swojej opinii. Program nauczania, który w założeniu ma służyć uczniom, w rzeczywistości próbuje zrobić z nich jednakowe maszyny, które nie myślą, nie czują, robią wszystko to, do czego zostały zaprogramowane.

A gdzie miejsce na prawdziwe życie?

Dlatego mam dla Ciebie, Drogi Czytelniku, dobrą radę. Nie daj się zwariować, pożreć systemowi! Ucz się dla siebie, nie dla ocen, rodziców czy nauczycieli. To, czy dostałeś 4 czy 5 na kartkówce z niemieckiego, kiedyś nie będzie miało najmniejszego znaczenia. Szkoła, w której spędzasz większą część swojego życia, nie nauczy Cię czym jest świat zewnętrzny i jak się w nim odnaleźć. Musisz zrozumieć to na własną rękę. I odpuścić. Skupić się na priorytetach, na tym, na czym najbardziej Ci zależy. Bo nie da się być we wszystkim perfekcyjnym. A dużo lepiej być specem w kilku najbliższych Twemu sercach dziedzinach, niż robotem pracującym na najwyższych obrotach, nie czerpiącym z tego, co robi żadnej przyjemności.

 ~~~~~~

A żeby dzisiejszy post nie był aż TAK poważny, zapraszam Was do zabawy. Dostałam nominację do Liebster Blog Award od Minimalnie-Naturalnie, za co bardzo dziękuję :)

Jest to zabawa mająca na celu odkrywanie nowych, mało znanych jeszcze blogów. Polega na zadaniu 11 pytań 11 blogerom. Także zaczynajmy :)

Pytania, które dostałam:

1. Co dało Ci blogowanie?

Na pewno żadnych korzyści materialnych. Za to dużo radości, poczucia spełnienia, rozwój osobisty. Uwierzyłam, że pisanie to rzeczywiście coś, co wychodzi mi nader dobrze (czego niestety nie odzwierciedlają moje oceny z wypracowań z polskiego :/). No i w dodatku ludzie, którzy mnie znają mają szansę poznać mnie jeszcze dogłębniej. A ja mogę coś przekazać światu. Exegi monumentum aere perennius... Ten blog to pierwszy krok do wybudowania takiego pomnika "trwalszego niż od spiżu" :)

2. Jaki styl ubierania preferujesz?

Swój własny. Nie umiem nazwać go jednym słowem. Jest to z pewnością mieszanina wielu stylów. Wszystko zależy od sytuacji, okoliczności i mojego humoru. Na szczęście minęły już czasy, kiedy to stylizowałam się na punkówę, no i ogólnie chciałam jak najbardziej wyróżniać się z tłumu. Chciałam być "dziwna" i taka byłam. Teraz lubię wyglądać po prostu dobrze. 

Co nie zmienia faktu, że po powrocie do domu ściągam obcasy, obcisłe spodnie, biżuterię i zakładam to, w czym czuję się najbardziej komfortowo, Taki domowy look pozwala mi choć na chwilę oderwać się od problemów świata zewnętrznego.

3. Ile czasu dziennie spędzasz w sieci?

Hmmm... Nigdy nawet nie starałam się tego podliczyć. Na pewno Internet jest nieodłączną częścią mojego życia, szczególnie teraz, gdy prowadzę tego bloga. Poza tym służy mi do słuchania muzyki i oglądania seriali. No i jest ogromną pomocą podczas nauki. Dodatkowo, dzięki Internetowi zostaję w kontakcie z ludźmi, na których mi zależy, a którzy mieszkają za daleko, aby się z nimi spotkać.

4. Co jest Twoim największym atutem jeśli chodzi o wygląd?

Hmm... Wiele ludzi mówi, że oczy. I uśmiech. Ale to już należy ich pytać. Człowiek nie potrafi być obiektywny oceniając własny wygląd.

5. Twoje wymarzone miejsce na świecie, do którego chciałabyś pojechać?

 Niech ktoś zabierze mnie na jakąś bezludną wyspę! Tylko plaża, morze, do tego przydałoby się kilkoro najlepszych przyjaciół i cudowny wypoczynek gwarantowany. 

6. Jak często zakładasz szpilki?

Typowe szpilki zakładam na różnego rodzaj imprezy. Ale lubię obcasy. Chodzę w nich na co dzień, szczególnie w sezonie jesienno-zimowym :)

7. Uprawiasz sport? Jeśli tak to jaki?

Ach, to już temat rzeka! Sport to mój konik i mogłabym rozprawiać o tym godzinami. Ale to temat na osobną notkę. W skrócie: ćwiczę niemalże codziennie. Jazda na rolkach, bieganie, fitness. Kiedyś moją pasją była jazda konna, teraz przerzuciłam się na inną dyscyplinę. Tańczę. Na rurze. 

Zdziwieni?


Co prawda, dopiero zaczynam, ale przecież nie od razu Rzym zbudowano. Każdy mistrz był swego czasu początkującym...

8. Włosy upięte czy rozpuszczone?

Zależy od pory dnia :) Rano wychodzę w rozpuszczonych włosach, a po południu zwyczajnie je związuję. Tak jest wygodniej :)

9. Ile czasu poświęcasz na codzienny makijaż?

Hmm.. Koło 20 minut? 

10. Najbardziej szalona rzecz jaką zrobiłaś w życiu?

Czy siedzenie na klifach nad hiszpańskim morzem o 3 w nocy się liczy?

11. Czy jest taka cecha w Twoim wyglądzie, którą byś zmieniła?

Powiem tak. Staram się akceptować siebie taką, jaka jestem. Pewność siebie i samoakceptacja to postawa piękna każdego człowieka. Nie mam jakichś większych zastrzeżeń do swojego wyglądu, a bynajmniej nie takich, których nie dałoby się wypracować :)

~~~~~

Moje pytania:

1. Co skłoniło Cię do założenia bloga?
2. Czy masz jakieś przyzwyczajenie, które inne osoby mogłyby uznać za dziwne?
3. Bez czego nie mógłbyś żyć?
4. Czego słuchasz?
5. Masz taki film, który mógłbyś oglądać niezliczoną ilość razy?
6. Gdzie widzisz siebie za 10 lat?
7. Jakie jest Twoje największe marzenie?
8. Gdybyś mógł spotkać się z jakąś sławną osobą, kto by to był?
9. Co sądzisz o modzie na "bycie fit"?
10. Jakie jest Twoje ulubione śniadanie?
11. Masz jakiś wypróbowany sposób na odstresowanie?

Nominacje wędrują do:

1) http://like-a-porcelaindoll.blogspot.com
2) http://markaslowa.blog.pl
3) http://rubensowskieksztalty.blog.pl
4) http://pazurempisany.blog.pl/
5) http://zakreconybelfer.blogspot.com/
6) http://sketchalife.pl/
7) http://glowapelna.blogspot.com/
8) http://www.blogomierz.pl/
9) http://www.savethemagicmoments.pl/
10) www.rosaline.com.pl
11) www.justmydelicious.com

Miłej zabawy! :)




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...